Wybierz swój sklep:

Z wizytą u Klubowiczów

Angielski dom pod miastem


Angielski dom pod miastem

Liliana i Michał Koszarek

Liliana (28), Michał (31), pies Bandziorek (0,5). Mieszkają pod Rawiczem, w domu, którego budowę rozpoczęli dwa lata temu. Znają się długo – dwanaście lat są razem, małżeństwem pięć, dlatego jakby nie liczyć spędzili ze sobą prawie całe dorosłe życie. Ona po socjologii, on po inżynierii środowiska. Ale i tak pracują w innych zawodach: Lilka prowadzi zakłady optyczne, bo lubi upiększać nie tylko wnętrza, ale także wizerunek innych. Michał zajmuje się finansami. W niedalekich planach ma zamiar zmienić profesję. Chce towarzyszyć żonie w pracy, dlatego powoli się przebranżawia: skończył optometrię i pomaga w zarządzaniu firmą. Lilka ma bzika na punkcie tapet i słodkich wnętrz. Oczywiście pozytywnego.
W konwencji retro

W konwencji retro

Michał wita nas i zaczyna od prostego stwierdzenia: za wystrój odpowiada żona, zdecydowanie ona jest tu na pierwszym miejscu. Jemu się podoba i jest zadowolony z całości. Liliana też jest zadowolona, ale od razu wyprowadza nas z błędu. Owszem, ten dom to w dużej mierze jej zasługa, ale Michał dorzucił swoje trzy grosze. Są decyzje, które przecież podjęli wspólnie. Chociażby te generalne. Ustalili, że zdecydują się na przestronny hol, z którego bezpośrednio (po dwóch schodach) będzie można wejść do salonu połączonego z jadalnią i kuchnią. Na dole zrobią łazienkę, gabinet Michała i pomieszczenie gospodarcze. Na górze trzy sypialnie, garderobę i łazienkę. A jeśli chodzi o urządzenie poszczególnych pomieszczeń? Tu rzeczywiście Lilka gra pierwsze skrzypce. Na długo zanim się wprowadzili, wiedziała, jak zaaranżuje całość (miała wszystko rozrysowane). I to jej wymarzyły się wnętrza w angielskim stylu.
Kratka od wejścia

Kratka od wejścia

Zaczęło się od wiadra zimnej wody. Liliana rozrysowała, jak ma wyglądać dom, poszła z tym do architekta i od razu została surowo skrytykowana. Wróciła (popłakała Michałowi w rękaw) i doszła do wniosku, że z budowy nici – nie chce mieć z tym nic wspólnego. Za co jej się dostało? Na pierwszy ogień poszło podwyższenie – podest, który oddziela hol od salonu – że niepraktyczny, bezsensowny i stanowi tylko niepotrzebną przeszkodę. Druga rzecz to brak wiatrołapu – chcieli bez, by zyskać przestrzeń, bo źle czują się w zamkniętych małych pomieszczeniach. W Polsce, ze względu na klimat, drzwi wejściowe muszą być osłonięte ścianami. Tak przekonywał architekt (uparli się, zrobili zgodnie z własnym planem i nie narzekają). Lilka została skrytykowana przez specjalistów jeszcze za jedną rzecz – szachownicę w holu. Bo taka posadzka jest niepraktyczna i bardzo się brudzi. Tym razem jednak przyznaje, że fachowcy mieli trochę racji. Jeśli ktoś chce mieć mieszkanie w miarę czyste, musi codziennie takie płytki sprzątać. Ale i tak nie zmieniłaby ich na inne, choć brudzą się bardzo.
Dom za miastem

Dom za miastem

Były decyzje wspólne: dom chcą poza miastem, w spokojnej okolicy, w której można odpoczywać, a przy okazji korzystać z uroków natury (warunek pierwszy). Bliskość lasu była warunkiem drugim (wynikającym z pierwszego), by było gdzie spacerować lub biegać rano (cała trójka to lubi). Były też decyzje podejmowane tylko przez jedno z nich (np. przez Michała). Chociażby ta dotycząca koloru podłogi – jest inna niż zakładali, bo pierwotnie miała być jasna. Lilka chciała białe meble, doszli więc do wniosku, że białe z białym się nie sprawdzi. Będzie za zimno i nijako. Najpierw desek szukali u czołowych polskich producentów (o dziwo wybór był kiepski). Potem sprawdzili oferty lokalnych stolarzy, aż napotkali takiego, z którym zrozumieli się od razu. Dzięki niemu mają wymarzony wzór i samodzielnie zrobiony projekt (z widocznymi słojami, wgłębieniami, z postarzanego drewna, o odpowiednim zabarwieniu). Próbek Liliana zabrała do domu kilka, przyłożyła do kominka (był gotowy) i na tej podstawie dokonała ostatecznego wyboru. Wyszło o połowę taniej, a w dodatku deski są unikatowe. Opłaca się robić u lokalnych specjalistów.
Kuchnia w stylu angielskim

Kuchnia w stylu angielskim

O całości decydowali wspólnie, o niektórych detalach tylko Lilka. O wystroju kuchni przede wszystkim rozstrzygnęła ona. To, że pomieszczenie będzie różowo-białe z pastelowymi akcentami, wręcz przesłodkie, wiedziała od zawsze. Że pomiesza różne struktury – kratkę z paskami, kwieciste wzory z jednolitymi – wyszło w praniu. W kuchni zaczęła od dokładnego projektu. Najpierw wszystko dobrze wymierzyła. Chociażby po to, by zlew właściwie wpasować w kuchenną wyspę (umieścić z boku i zyskać trochę blatu roboczego), by okap był na odpowiedniej wysokości, by na wszystko starczyło miejsca. Takie rzeczy muszą być zgłoszone na etapie projektu, potem może być za późno. A z nietypowych rozwiązań? Między szafkami zrobiła fototapetę w krateczkę, bo nie ma zamiłowania do kafelków (dla niej są za zimne), a lodówkę trzyma w spiżarni (model retro – jedyny, który pasował, wymagał wyrzucenia na śmietnik całkiem dobrego egzemplarza). Chciała, by w kuchni było słodko i cukierkowo.
Stół pod kryształem

Stół pod kryształem

Żyrandole z kryształków, choć ciężko się je czyści, przywieźli z poprzedniego mieszkania. Kilka przedmiotów to wynik spontanicznych zakupów (bo dużo jest ładnych rzeczy na rynku). Większość wyposażenia kupili jednak na długo zanim się tu wprowadzili, ponieważ ciężko jest skompletować meble w konkretnym stylu tak od razu. Zrobili listę zakupów i nie działali pochopnie. Dużo wybierali przez Internet. Chociażby taki stół. Zamówili, zapłacili i czekali na kuriera. To znaczy na dostawę czekał akurat tato Michała. Zadanie do wykonania? Odebrać przesyłkę. Nic wielkiego (choć przesyłka notabene wielka), ale zawsze trzeba być czujnym. Dlatego gdy tylko zaczął oglądać nowy nabytek, złapał się za głowę, wykręcił numer do syna i kazał przyjeżdżać. Bo wszystko jest nie tak: stół zniszczony, cały poobijany, farba schodzi. Trzeba natychmiast reklamować. Michał nie spodziewał się takiego telefonu, ale doskonale wiedział, co zamawiał. Stół jest postarzany, a to, że schodzi kawałek farby, to nic – tak po prostu miało być.
Każdy ma swoje marzenia

Każdy ma swoje marzenia

Michał, choć nigdy nie przywiązywał dużej wagi do urządzania wnętrz, jednego był pewny. Kiedyś, gdy już będzie miał dom, znajdzie miejsce w salonie na jedną ważną rzecz. Wyeksponuje, ustawi tak, by była widoczna z każdej strony i tak, by mógł na nią zerkać i cieszyć oczy jej smukłym kształtem. Nie, wcale nie chodziło mu o najnowszy model jaguara czy szybką torpedę na dwóch kółkach. Tym razem marzenie było prozaiczne. Ot, zegar. Ale nie pierwszy lepszy, przypadkowy, tylko jeden konkretny model – szwedzką Morę. Marzenie spełniła Lilka. Ponieważ nie stać jej było na oryginał, kupiła replikę. Sama wybrała kolor przetarć, tarczy zegarowej i …wstążeczki. Bo zegar to prezent, który dała mężowi, gdy się tu wprowadzili (ona dostała bransoletkę, którą nosi do dziś). Ich dom nie może istnieć bez ukochanych przedmiotów, kwiatów nazywanych po imieniu (Zbigniew, Robert, Zygmunt, Marek) i dekoracji zrobionych ręcznie (np. okiennic) lub kupionych w sklepie (np. drewnianych ptaszków).
Gdzie, jeśli nie u nich

Gdzie, jeśli nie u nich

Zmieniając miejsce zamieszkania z Rawicza na „pod Rawicz”, zmienili gminę i województwo. Niby nic wielkiego, ale okazało się, że wszystkie prozaiczne sprawy, które musieli załatwiać w urzędach, urastają do rangi wydarzenia i wyprawy na koniec świata. Zmienia się wszystko – znajoma w okienku, kiedyś koleżanka z sąsiedztwa, nagle staje się obcą panią przyjmującą petentów. Nawet drużyna sportowa ze swojej przeobraziła się w tą, której strzela się bramki. Na szczęście w domu nie mają tego typu problemów – cztery ściany chronią nie tylko przed piłkarskimi dylematami. Jeśli już komuś muszą kibicować, to swoim gościom. Lubią zapraszać bliskich do siebie i organizować czas – przy piłkarskim stole, na zewnątrz albo w salonie przy muzyce (kto nie pamięta sławetnej imprezy ze zrzuconym żyrandolem, niech podniesie palec do góry). Parapetówek było kilkanaście, szkód po nich trochę mniej, ale dom bez rodziny i znajomych jest szary i smutny. A pudełka po prezentach Lilla obkleja resztkami tapet i traktuje jako dekoracje lub oryginalny sposób na przechowywanie.
Bo rzekomo się tak nie robi

Bo rzekomo się tak nie robi

Lilka już wie, że urządzanie mieszkania według ściśle przygotowanego planu w towarzystwie domorosłych dekoratorów - specjalistów może czasami przyprawić o zawrót głowy (i to ciężki). W łazience nie chciała płytek ułożonych pod sam sufit. Jej się podoba ściana pomalowana farbą, ale wykonawcom już nie. Zanim uporała się z krytyką, musiała przetrawić argumenty: tak się robiło w latach 80., gdy brakowało materiałów, teraz układa się pod sam sufit. Potem musiała przekonać, że biały prosty wzór płytek to również świadomy wybór – tak chce, nie dlatego, że nie ma wnętrzarskiej wyobraźni. Przeciwnie, wyobraźnię ma doskonałą. Na koniec stoczyła batalię o podłogę z drewna (argumenty specjalistów: niepraktyczna i nie wytrzyma kontaktu z wodą). Wiedziała, że czysta biel z drewnianymi elementami będzie dobrze wyglądać. A blat szafek zrobiła tym razem z resztek... materiału, którym wykańczała podłogi. Wyszło idealnie. Może tylko w przyszłości zmieni wannę, na taką w stylu retro, z małymi czarnymi nóżkami.
Drobiazgi, które dodają smaku

Drobiazgi, które dodają smaku

Czasami urządzanie można porównać do balansowania po cienkiej krawędzi. Jeden niepewny ruch i wszystko stracone. Jak dobrać kolory, z jakimi dodatkami połączyć, jak to zrobić, by nie przesłodzić tylko osłodzić? Sypialnia to miejsce, które wymaga dogrania każdego najmniejszego elementu. Ściany, firanki, tekstylia można łączyć według prostej zasady – na przykład kolorystycznie. Lilka wie, że najbezpieczniej jest wybierać przedmioty z jednej palety barwnej, a bardziej skomplikowane rzeczy, np. wykończenie ścian, warto powierzyć specjalistom. Co było ich zasługą? Po pierwsze tapetowanie. Zrobili idealnie, nie widać żadnych łączeń, a ściana wygląda na jednolitą. Po drugie, podpowiedzieli proste patenty: listwy pod sufitem w całym mieszkaniu są wykonane ze styropianu, a podłogowe z szerokiej płyty MDF. Nadało to mieszkaniu angielskiego klimatu i podkreśliło dbałość o szczegóły, które tworzą spójne wnętrze.
Cała w błękitach

Cała w błękitach

Nie ma jednej sprawdzonej reguły dotyczącej urządzania. Jedni robią bardzo szczegółowy plan – zaczynają od ogółu, skupiają się na generalnych koncepcjach, patrzą całościowo, potem przechodzą do detali, drobnostek, rzeczy na pozór mniej ważnych. Słowem najpierw patrzą całościowo. To dobra koncepcja i generalnie prawie zawsze się sprawdza. Tak zrobiła Lilka i wie, że może polecić ten sposób działania innym. Czasami jednak warto zrobić odstępstwo od raz przyjętego schematu – najpierw poszukać drobnego elementu, który stanie się zaczątkiem większej koncepcji. Tak zdarzało się Lilce. W sypialni urządzanie zaczęła od spontanicznego zakupu… dwóch niebieskich lampek. Gdy zobaczyła je w sklepie, wiedziała, że są dla nich. Kupiła i natychmiast podjęła decyzję, że sypialnia będzie cała błękitna. Teraz wie, że często drobne rzeczy potrafią zmienić bieg historii. Przynajmniej tej wnętrzarskiej.
Uniwersalne kolory

Uniwersalne kolory

Lilka lubi meble z charakterem. Michał też. Pewnego dnia, gdy on siedział sam w domu i przeglądał strony internetowe, natknął się na sklep z przedmiotami w stylu retro. Wszystkie przepiękne, a w dodatku za cenę godną uwagi. Gdy pokazał żonie, co znalazł, ta nie mogła wyjść z podziwu. Bo każda rzecz zachwycała i w dodatku idealnie pasowała do wnętrz, które z taką precyzją aranżowała od miesięcy. Jak się w tym nie zatracić? Śmiało można powiedzieć, że Lilka przepadła na kilka dni. Rzucona jak kamień w wodę, szukała perełek. Krzesła, stół, biurko, stolik. Trochę trwało zanim złożyła zamówienie. Bo przecież nie tak łatwo dokonać wyboru. Jakie kolory będą dobrze wyglądać z bielą pozostałych mebli? Zdecydować się na kremowy czy lepiej pudrowy róż? A może wybrać odcienie uniwersalne? Lilka robiła tak, że wybierała trzy modele, te, które jej się najbardziej podobały i oddawała ster Michałowi. On bardzo szybko podejmował ostateczną decyzję. I było po sprawie.
Baw się formą i kolorem

Baw się formą i kolorem

Urządzając niewielką łaziankę na dole trzymali się kilku zasad: nie łączyć za wiele kolorów (najlepiej dwa, góra trzy). Nie zagracać niepotrzebnymi meblami – niewielka półka pod ścianą w zupełności wystarczy na dwa komplety ręczników i papier (gdy jest dobrany kolorystycznie, nie rzuca się w oczy). Łączyć przedmioty kształtem (okrągłe lustro dobrze harmonizuje z okrągłą umywalką). Z umiarem stawiać dodatki (obraz z biało-szarej tapety wygląda jak specjalistycznie dobrany wzór). Kupować z wyprzedzeniem, bo potem trudno znaleźć przedmioty w konkretnym stylu: baterie przez rok leżały w pudełkach, podobnie jak lustro. I ostatnia zasada: łamać zasady, nie trzymać się utartych schematów, działać po swojemu. I nawet gdy elektryk się upiera, że kryształowy żyrandol to dobre rozwiązanie do salonu czy przedpokoju, nie dać się zwieść. Każdy ma prawo działać po swojemu.
Z resztek i skrawków

Z resztek i skrawków

Lilka mówi, że wiele rzeczy mają w domu robionych tanim kosztem. Co dokładnie? Chociażby takie obrazy. Nie, nie malowali ich sami ani prac ręcznych nie zlecili dzieciom znajomych. Lilka wzięła do ręki resztki materiału i od razu wiedziała, jak wykorzystać coś, co większość wrzuciłaby do pudła na śmieci. Wykonanie jest banalne: klej, materiał, ramki i gotowe. Zamiast materiału często wykorzystuje końcówki tapety (ma specjalne pudełko, w którym odkłada nieforemne kawałki i resztki zwinięte w rulon). Poza tym mając do dyspozycji takie zbiory można zmieniać aranżacje łatwo, szybko i tanio (za tapetę z literami zapłaciła grosze). Dzieło idealnie pasuje do ich gabinetu. Pokoik jest mały, ale urządzony ze smakiem. A smak do aranżacji wnętrz mówi, że ma po mamie. Ona też potrafi zaskoczyć niejednym pomysłem, choć swoje mieszkanie ma podobno w zupełnie innym stylu. Bo przepis na urządzanie każdy ma przecież własny.
Dzięki bliskim

Dzięki bliskim

Długo czekali, by się tu wprowadzić, tak mówi Lilka. Według Michała czas budowy i przede wszystkim urządzania przemknął jak niezauważony przechodzień. Szybko i nie wiadomo kiedy. Oboje przyznają, że bez pomocy innych, całość nie przybrałaby takiego charakteru. Co mówią? Że dużo zawdzięczają rodzicom – jednym i drugim. Tata Michała pomagał w rozmowach z fachowcami, tata Lilki w skręcaniu mebli. I na pewno nie mogą zapomnieć o babci, która uszyła im prawie wszystkie zasłonki, obrusy i poduszki. Liliana podobno takich zdolności nie ma. Babcia jest mistrzem: Liliana kupuje materiał na firanki, a babcia tak szyje, że wyjdzie i firanka, i poduszki. Nie zostanie nawet skrawek niepotrzebnego materiału. A co jest najważniejsze w urządzaniu? Kolory, które dają ciepło. I drobiazgi, których nie widać na pierwszy rzut oka. Ptaki, choć mają ich mnóstwo za oknem, trzymają też w swoim domu. Na parapecie.