Wybierz swój sklep:

Z wizytą u Klubowiczów

Przestrzeń rodzinna


Przestrzeń rodzinna

Marek i Karolina Chmura

Rodzice Wiktora (4 lata) i Wojtka (8 m-cy), mieszkańcy Rogoźnika (20 km na północ od Katowic), współwłaściciele domu z lat trzydziestych tamtego stulecia. On architekt minimalista, ona multizadaniowa mama na macierzyńskim (wcześniej pracowała w nadzorze inwestorskim). Poznali się kilka lat temu. Rzucało ich trochę po Polsce (Gliwice, Katowice, Łódź, Warszawa, Czeladź) zanim postanowili osiąść gdzieś na dłużej. Markowi, jak na architekta przystało, marzy się dom. Najlepiej zwyczajny, prosty i przede wszystkim zaprojektowany od początku do końca samodzielnie. No, może z małą pomocą Karoliny, bo ona zmysł do urządzania ma równie rozwinięty i wyostrzony jak on.
Na nową drogę życia

Na nową drogę życia

To, jak ważne są dobre rodzinne relacje, Karolina i Marek wiedzą od dawna. To, że w trudnych momentach mogą liczyć na najbliższych – też. Oni w każdym razie mogli. Zaraz po ślubie babcia oddała im parter domu. Ten, który zajmowała od dawna, a sama przeniosła się na górę (pokój po Marku był jak znalazł). Oprócz sześćdziesięciu metrów dostali też wolną rękę: mogli do woli zmieniać układ pomieszczeń, wyrzucać zbędne ściany, aranżować wedle gustu, na nowo, nowocześnie i po swojemu. W pomieszczeniu, gdzie wcześniej była kuchnia, oni zrobili pokój dziecka. Tam, gdzie były dwa pokoje, oni zrobili jeden. Potem jeszcze kilka razy zmieniali cały układ, bo mieszkanie dostosowywali do pojawiających się dzieci. Chcieli, by każde z nich, na pewnym etapie życia, miało swój kąt. I by jeszcze została przestrzeń wspólna, rodzinna, dla nich wszystkich. Najlepiej w jadalni przy stole lub na sofie.
Czterdzieści dzielone na dwa

Czterdzieści dzielone na dwa

Kuchnia ma zniknąć. Albo być jak najmniej widoczna, zarazem funkcjonalna i ma spełniać funkcje estetyczne. Tak uważa Marek. Krótko i treściwie, w dodatku brzmi dobrze i logicznie przynajmniej w teorii. Gdy dochodziło do realizacji, problemy piętrzyły się jak grzyby po deszczu. No dobrze, może nie jak grzyby, jak maleńkie grzybki. Projekt robili długo, bo wiele kwestii chcieli wnikliwie przemyśleć. Spierali się, rozrysowywali, kreślili, rysowali na nowo. Pierwsza sprawa – wyspa (tak czy nie). Druga sprawa – szafki dolne do samej podłogi (tak czy nie). Trzecia sprawa – szafki górne (wąskie całościowo zabudowane czy z przeszkleniami). Czwarta sprawa – kolor (zostają tylko przy białym, czy dorzucają coś jeszcze, np. żółty przydymiony). Piąta sprawa – oświetlenie (punktowe minimalistyczne czy rozproszone z ogromnym kloszem). Szósta – armatura (zlew długi czarny czy wąski biały). W skrócie, bo podobnych wątpliwości mieli drugie tyle. A kto remontował kiedyś kuchnię, wie o czym mówimy.
Stół zamiast wyspy

Stół zamiast wyspy

Dla nich model kuchni połączonej z salonem bardzo się sprawdza. Oboje są zadowoleni z takiego rozwiązania i następnym razem też by tak zrobili. Ważne jest tylko, by wszystko było rozsądnie wydzielone i by znaleźć miejsce na poszczególne strefy. Dobry architekt wie przecież, jak to zrobić. Są rzeczy, o które się spierali i takie, w których od samego początku byli zgodni. To, że kuchnia ma być pojemna, ustalili w pierwszej kolejności. Marek chciał dużą wyspę, która z każdej strony będzie miała półki, i puste ściany bez żadnej szafki (minimalizm to jego drugie imię). Wyspa miała pomieścić wszystko, co w kuchni niezbędne. Według Marka – takie rozwiązanie miało ręce i nogi, według Karoliny – niekoniecznie. Miejsc do przechowywania mogłoby jednak w pewnym momencie zabraknąć. Co zaważyło? Praktyczność – wyspa zabrałaby za dużo przestrzeni, stół musieliby ustawić w niewielkiej odległości od niej, za blisko, by mówić o wygodnym przejściu. Poza tym Karolina chciała mieć coś tradycyjnego, np. klasyczny blat.
W rodzinie jest ruch

W rodzinie jest ruch

Z rodziną spotykają się często – rodzice Marka schodzą z góry. Od czasu do czasu babcia przyjdzie z ciastem (choć generalnie Karolina piecze dużo i smacznie, bo ją to odstresowuje i stanowi odskocznię od codziennej rutyny z dziećmi). Może wpadną drudzy rodzice (mieszkają w tej samej miejscowości, więc mają córkę pod nosem). Nawet siostra Karoliny ma dom po sąsiedzku, więc bywa często. Życie w tej części mieszkania kwitnie, chociaż, gdy jest więcej maluchów, w pokoju Wiktora też potrafi być gwarno. Podobno ciągle jest u nich pełno gości. Jak dobrze policzyć czasami zbierze się nawet ze dwanaście osób. Duży stół jest niezbędny. Rozkładają go często, nie tylko przy okazji świąt, bo zależy im, by dla każdego było miejsce. Poza tym tuż obok jest wygodna sofa, na której każdy z gości pod byle pretekstem lubi przysiąść. Kto pierwszy ten lepszy?
Z sypialni wprost do jadalni

Z sypialni wprost do jadalni

Chyba nie zburzą jej nigdy. Karolina patrzy na ściankę, potem na Marka i uśmiecha się pod nosem. Marek też się uśmiecha i mówi, że przecież nic nie trwa wiecznie. Dlatego wcześniej czy później pewnie się jej pozbędą. Marek ma pierwszeństwo w podejmowaniu decyzji dotyczącej ewentualnej rozbiórki, bo ścianka to jego pomysł i wykonanie. Normalnie murarz zbudowałby w dzień, jemu zajęło to trochę więcej czasu. Gdy wybudował około metra, okazało się, że ścianka nie ma pionu, więc ją zburzył, zrobił specjalną konstrukcję i zaczął od początku. Ścianka jest na szerokość cegły, ma ponad metr długości i sięga od podłogi po sufit. Idealnie oddziela kuchnię z jadalnią od sypialni. W dodatku można wokół niej biegać (Wiktorku, wiesz coś o tym?). Dzięki takiemu rozwiązaniu światło, które wpada przez okno w sypialni, dociera do części ze stołem, w mieszkaniu jest jaśniej i ma się poczucie większej przestrzeni. Poza tym w oryginalny sposób zachowany jest podział wizualny na część salonu i sypialni.
Mamy na biało

Mamy na biało

Marek stawia sprawę jasno: jak ktoś ma za dużo bodźców w pracy, w domu szuka uspokojenia, nie chce kolorów, bezużytecznych przedmiotów, nawet uważa za zbędne obrazy na ścianach. Z kolorów na dobrą sprawę akceptuje tylko biały. Wyjątkiem jest fotel i łóżko, które lada moment zmienią na białe. Karolina (przynajmniej tak twierdzi Marek) do kwestii niepotrzebnych bodźców podchodzi inaczej. Nie musi od nich uciekać, bo w domu czuje się dobrze. Woli, gdy od czasu do czasu pojawiają się w jej otoczeniu drobne dekoracje, gdy jakiś element przykuwa uwagę, gdy dostrzeże coś oprócz bieli (żółte dodatki długo zaprzątały jej głowę). Dla maluszka, który teraz dzieli z nimi sypialnię, wybiera kolorowe zabawki i pościel. Minimalizm i praktyczność nie wygrywają ponad wszystko. Bo Wojtusiowi też się coś od życia należy, chociażby dziecięca karuzela nad łóżeczkiem i przytulna mięciutka kołderka w kolorowe stwory.
Kolory ziemi

Kolory ziemi

Łazienka to ich jedyne pomieszczenie, które nie jest wszechogareniająco białe. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna – urządzali je dobrych kilka lat temu, gdy sami nie byli jeszcze aż tak bardzo zakochani w jasnych przestrzeniach. Marek śmieje się, że nie byli na tyle dojrzali, a może po prostu w tamtym przypadku razem poszli na kompromis (że jest konieczny w małżeństwie wiedzą oboje, że jest zbyteczny w urządzaniu wie Marek). Karolina od samego początku chciała takie kolory i w ogóle nie myślała o białych płytkach. Bardzo lubi swoją łazienkę, a najbardziej drzwi, które wybrali na samym początku. Według niej są najładniejszym elementem, który idealnie pasuje do tego wnętrza. Wspólnie przyznają, że pralnia w drugiej części mieszkania to bardzo praktyczne rozwiązanie. Nie muszą martwić się wiszącym praniem i detergentami. Cieszą się, że mogli sobie na to pozwolić. A ukłon w stronę rodziców przesyłają już teraz.
Na wnętrze z zewnątrz

Na wnętrze z zewnątrz

Ekspresowe działanie – to nie dewiza Marka, lecz czasami jego konieczność. Siedem lat temu, gdy zaczynał pierwszy remont, chciał wprowadzić się szybko, by mieć już coś swojego. W czasie kolejnego poważnego remontu, spieszyli się, bo w perspektywie były narodziny drugiego synka. Choć wszystko wyszło dobrze, a płytki w łazience są przykładem, że można i równo, i w zabójczym tempie, Marek swoje wie: pod żadnym pozorem nie pracuje się w taki sposób. Zna się na rzeczy, bo jest architektem, który od kilku lat stawia kroki w zawodzie (zapytany, jaki dom kiedyś wybuduje dla siebie, bez zastanowienia odpowiada, że musi najpierw przeanalizować działkę, zapytany o metraż mieszkania, otwiera komputer i proponuje spojrzeć na inwentaryzację). Może dlatego z takim bólem mówi, że pośpiech jest złym doradcą. Żałuje, że u siebie działał bez szczegółowego planu, czy dokładnego szkicu zrobionego chociażby w głowie. I uważa, że najlepiej poprosić innych o pomoc, bo człowiek popada w schematy. A najlepsze efekty przynosi świeże spojrzenie na wnętrze osoby… z zewnątrz.
Magnolia za oknem

Magnolia za oknem

Nigdy nie zrobiliby inaczej. To, że nie wszyscy mają takie zdanie jak oni – trudno. Ważne, że Marek i przede wszystkim Wiktor, czują się tu dobrze. Tata remontując mały pokoik (przypominamy – jakiś czas temu była tu kuchnia), sztywno trzymał się swoich wnętrzarskich zasad: nie gromadzić za dużo, ograniczyć kolory (wystarczą jaskrawe zabawki), meble wstawić tylko te, które w tym momencie są niezbędne (marzeniem byłoby wszystko pozabudowywać). Najlepiej jak najwięcej wynieść do przedpokoju i nie obwieszać ścian zbędnymi bibelotami. Im mniej przedmiotów, tym lepiej. Marek zastanawia się nawet, czy warto wieszać półki na książki. Choć starają się nie gromadzić zbyt wiele, tych ostatnich akurat ciągle przybywa, bo czytają Wiktorowi od urodzenia. W pokoju nie ma dywanów, firanek, bibelotów. I nie chodzi tylko o alergię Wiktora – chłopiec jest uczuleniowcem, więc siłą rzeczy musieli z niektórych dodatków zrezygnować – ale o zwykłą praktyczność. A poza tym, kto specjalnie przysłaniałby ciężkimi zasłonami widok na ogród, tym bardziej że co wiosnę naprzeciwko okna rośnie magnolia. No kto?
Mały budowniczy

Mały budowniczy

Pluton, Mars, Jowisz, Droga Mleczna, komety i planetoidy. Wiktor doskonale zna się na kosmosie. Codziennie wieczorem jedno z rodziców wyciąga z półki kolorową książkę, siada na łóżku chłopca i zaczyna wędrówkę w magiczny świat przestworzy. Te z kosmosem są najciekawsze – krótko podsumowuje Wiktor, zapytany o to, jaką książeczkę lubi najbardziej. Choć widzimy się po raz pierwszy, już coś o sobie wiemy. Ot, chociażby to, że Wiktor najchętniej maluje farbami. Lubi oglądać Ligę Mistrzów (na dużym, wygodnym łóżku rodziców), a jak dorośnie, będzie piłkarzem. Za rok nauczy się pływać, bo w tym roku jeszcze nie potrafi. Gdy się bawi w swoim pokoju, najpierw wyciąga kolorowe klocki (ma je wszystkie posegregowane w pudełkach). I uwielbia budować z nich wulkany, bo wcale się ich nie boi, podobnie jak nie boi się pająków. Gdy kończy zabawę, wszystko odkłada na miejsce (mama zdradza nam sekret: już tak ma, że lubi porządek, wieczorem nie zaśnie póki nie posprząta). A i jeszcze jedno – gdy rano wstaje, sam wyjmuje sobie ubranka z komody. Bo już jest bardzo samodzielnym chłopcem!
Czas zapuścić korzenie

Czas zapuścić korzenie

Wiktor pojawia się w mieszkaniu i za chwilę znika, wpada na moment, by znów schować się za wejściowymi drzwiami. Dla niego nie ma znaczenia, że drzwi nie są permanentnie przeszklone, metalowe, tak jakby chciał tato (takie rozwiązanie gwarantuje światło, które penetrowałoby ciemny korytarz). Dla Wiktora ważny jest świat za drzwiami: zielone drzewa, przestrzeń do biegania, podwórko, a przede wszystkim obecność dziadków. Drzew w ogrodzie mają dużo, synów dwóch, brakuje im jeszcze domu wybudowanego własnoręcznie. Ale przecież wszystko przed nimi. Bo to tylko w starych przysłowiach szewc w dziurawych butach chodzi. Ich świat rządzi się innymi regułami. A ten dom na pewno będzie przemyślany, od a do zet, szczegółowo. Mamy przecież na to gwarancję architekta.