Wybierz swój sklep:

Z wizytą u Klubowiczów

Dom bielą malowany


Dom bielą malowany

Pełne wyzwań urządzanie Magdy

Żona Michała, mama Julii (13) i Stasia (4), córka Urszuli i Andrzeja. Politolog z wykształcenia, z pasji i okoliczności matka Polka – menadżer rodziny, pracownik wysokiego szczebla na decyzyjnym stanowisku, bez chwili oddechu. Człowiek orkiestra. Szybko się uczy i adaptuje do nowych miejsc. W Szczytnicy od roku. Zanim tu trafiła mieszkała w Bolesławcu (tam się wychowała), we Wrocławiu (tam studiowała), w Zielonej Górze (tam pracowała). Parę razy z mężem zmieniali lokum, aż stwierdzili, że chcą gdzieś definitywnie osiąść na stałe. Dom do zamieszkania wybrali niebanalny – z XIX wieku, objęty ochroną konserwatorską, po byłych przesiedleńcach z Jugosławii.
Kamień na kamieniu

Kamień na kamieniu

Rzeczywistość trzeba umieć zaczarować, tak uważa Magda. Warto tylko wypisać zaklęcia. Na kartce papieru, może na ścianie albo na kamieniach. To, co ważne. Po pierwsze, uczucie, po drugie rodzina, po trzecie, miejsce. Aksjologiczna wyliczanka może być dłuższa. Potem wrzucić do worka, wymieszać, powoli wyciągać i dynamicznie działać. Bo rzeczywistości trzeba jeszcze trochę dopomóc. Tak zrobiła Magda i chyba śmiało można powiedzieć, że jej się udało. Dom kupili duży, na spółkę z rodzicami, Podzielili się po równo – jedni zajęli dół, drudzy górę. Zdecydowali na takie rozwiązanie, bo bez problemu można było stworzyć dwa niezależne mieszkania. Mama nie ukrywa zadowolenia, choć na początku uważała, że remont takiej rudery po prostu nie może się udać. Magda miała inne zdanie, choć rzeczywiście widok nie pozostawał wiele złudzeń. Wiedziała, że czeka ich ciężka praca, wyrzeczenia i trudne decyzje. Ale jednego była pewna od początku – dom ma potencjał.
Raj na ziemi

Raj na ziemi

Maj był tamtego roku zimny, a warunki na początek spartańskie: brak wody i prądu. Nie zniechęciło to mamy, która spakowała ciepłe dresy, śpiwór i stwierdziła, że się już stamtąd nie rusza. Może przekonał ją pies poprzednich właścicieli, który za każdym razem, gdy zamykali za sobą bramę, patrzył smutny nie dowierzając, że jeszcze wrócą. Nieludzkie, zostawiać go samego, tym bardziej w takim stanie. Dwa tygodnie później osiem małych szczeniąt owiniętych starą pierzyną (maj był zimny), pilnowało robotników. Remont trwał 4 miesiące i z każdym tygodniem odkrywał kolejne niespodzianki, a to wilgoć, a to nieprzyjemny zapach z pokoju, który wcześniej był wędzarnią, a to brud, po współlokatorach (poprzedni właściciele może nie mieli serca do psów, ale za to kurom odstąpili jeden pokój). Magda szczegółowego planu na remont nie miała – wiedziała, że nie wszystko będzie nowocześne. Chciała zachować części starego domu: cegłę, łukowe zakończenia drzwi, schody i drzwi w kotłowni, bo piękne. A remont, choć to droga przez mękę, uważa za przygodę życia.
Stary nie znaczy brzydki

Stary nie znaczy brzydki

Korytarzyki, ścianki, zakręty – tego było całe mnóstwo. Poprzedni właściciele zajęli dwa pomieszczenia, a od reszty odgrodzili się prowizoryczną ścianką, z pomieszczeń na górze w ogóle nie korzystali. Może nie mieli serca do tego domu, a może powód był zupełnie inny. Pomieszczenia był trochę zaniedbane, a układ kompletnie niefunkcjonalny. Brakowało na przykład przestronnego holu. Na szczęście nie brakowało pomysłu, jak sobie z tym poradzić. Magda wiedziała, jak zrobić, by pomieścić szafki na buty, szafę na kurtki i wieszaki na rzeczy podręczne. Za niefortunne uważa jednak wejście do holu bezpośrednio z podwórka. Trudniej utrzymać czystość, tym bardziej że na co dzień często chodzą w zabłoconych kaloszach. Ale podział mają jasny: odświętne buty trzymają w jednej szafce, brudne kalosze w innej.
Najpraktyczniejsza jest wyspa

Najpraktyczniejsza jest wyspa

Sercem tego domu bez wątpienia jest kuchnia. Sercem kuchni jest wyspa. Magda staje za drewnianym blatem, trochę jak nauczyciel za szkolną katedrą i opowiada, jak powstawała kuchnia jej marzeń. Wszystko miała szczegółowo przemyślane. Już od pierwszego dnia, gdy tylko weszła dp tego domu, wiedziała, jak ustawi meble, gdzie postawi stół, w jakiej odległości wyspę. Meble choć ma z poprzedniego mieszkania, wyglądają jak robione na miarę. By je trochę odświeżyć, wymieniła fronty, zadowolona, że jest to możliwe (zabudowę kupiła przecież kilka lat wcześniej). Teraz całość ozdabia detalami – a to powiesi półkę, a to zdjęcia (sama robi), poustawia książki. Dekoruje starociami, bo nie wszystko musi mieć nowe i błyszczące. Dla niej czasami może nawet być trochę niepraktyczne.
Liczy się dobry smak

Liczy się dobry smak

Zupa ze szczawiu zerwanego pod płotem (trzeba wiedzieć, gdzie rwać, bo niektórzy pryskają), żurek z jajkiem (od kur z podwórka sąsiadów), twarożek z prawdziwego mleka (od krowy), ciasto z malinami (kupionymi latem na targu), sok świeżo wyciskany z jabłek (z drzew w ogrodzie). Jedzenie ma swój urok, szczególnie gdy jest świeże, pysznie przyrządzone i przepięknie podane. A Magda wie, jak to zrobić. Kuchnia nie ma przed nią tajemnic – dobry smak wyrobiła jej jeszcze babcia, która potrafiła upiec najlepszą pod słońcem cieniutką wielowarstwową pitę (najlepsza była taka z białym serem). Teraz gotuje razem z mamą: wymieniają się przepisami, prześcigają wypiekami, mają swoje podziały, jedna robi pierogi, druga konfitury. Dużo czasu spędzają razem. A do stołu zawsze siadają wspólnie. I jak mogą, nawzajem sobie pomagają.
Lubimy drewniane rzeczy

Lubimy drewniane rzeczy

Przepis na dom w wydaniu Magdy wydaje się prosty: jasne, duże wnętrza, białe meble (początkowo mąż był przeciwny, ale potem zaszczepiane po troszeczku przekonanie przyniosło efekty). Dodatki, które mówią kim jest i co lubi drewniane elementy, świeże kwiaty i …wisienka na torcie. Kilka mebli, które stworzą klimat miejsca. O kredensie marzyła całe życie. Podobny mebel miała babcia – obły, z gałeczkami, z lat 50. Ale nie nadawał się do renowacji, nawet gdyby człowiek się uparł, bo kilkanaście lat stał w piwnicy. Ten jest wykonany przez stolarza, przywieziony z gór i sprezentowany przez rodziców. Wiedzieli, że córka będzie wniebowzięta. Jedyne, co jej przeszkadzało to kolor. Chciała biały, a dostała kremowy (stolarz zapewnieńał, że zna się na kolorach). Na szczęście zbliżają się wakacje. Magda weźmie wałek, farbę, przemaluje sobie… nie będzie ją razić. Stary dom bez kredensu to nie dom. Musi być kredens – wizualnie najlepszy mebel – podsumowuje.
Lato w butelki rozlane

Lato w butelki rozlane

Magda zanim nacisnęła przycisk z napisem „kupuję”, zawahała się przez moment. Nie dlatego, że nie wiedziała, czego chce. Wiedziała doskonale. Zastanawiała się tylko, czy jeśli poda adres nowego domu, to przesyłka na pewno trafi do jej rąk. Nie miała jeszcze kluczy, aktu notarialnego i wszystkich potrzebnych dokumentów. Słowem nie była pełnoprawnym właścicielem. Ale z drugiej strony… został tylko jeden zakręt do mety (jeśli chcielibyśmy użyć języka sportowego). Kto nie ryzykuje, to nie ma. Magda podała dane w Szczytnicy. Przez cztery miesiące trzymała nową szafkę na wino w garażu. Przychodziła tam ukradkiem, otwierała rożek, głaskała i mówiła jak do dziecka: „zaraz cię przeniosę na górę”. Przeniosła i tym samym spełniła swoje kolejne skryte marzenie.
Pstryk i światło świeci

Pstryk i światło świeci

Salon dobrze widać z kuchni (szczególnie gdy stanie się przy wyspie). Widać, czy farba wylała się poza kartkę i co przedstawia rysunek. Od czasu do czasu Magda przykleja dużą ryzę białego papieru i pozwala Stasiowi malować, co tylko dusza zapragnie. Ma małego na oku, a jednocześnie może swobodnie mieszać w swoich kuchennych sprawach. Wychodzi poza tym z założenia, że łatwiej doczyścić podłogę niż ściany. Być może Stasiowi dobrze się maluje w salonie, nie tylko dlatego, że jest blisko mamy, ale przede wszystkim ze względu na światło. Pokój jest jasny i dobrze doświetlony (okna są raczej z tych mniejszych, ale na szczęście jest ich kilka). Magda nie lubi górnego centralnego światła, dlatego zadbała o boczne lampy i ich wygodne włączanie. U niej jest trochę jak na amerykańskich filmach – jednym włącznikiem od razu zapalają się wszystkie.
Znaczy Kapitan

Znaczy Kapitan

By wyremontować i urządzić tak duży dom, dwie kobiety musiały wykazać się niesamowitym hartem ducha (przypominamy mąż i tata pracują daleko). Skąd to mają? W genach? Z wychowania, dzięki przeczytanym książkom? Magda, gdy miała 15 lat, wyjechała z domu. Zamieszkała w szkole z internatem, gdzie na pewno nie było jej łatwo – dyscyplina, wysokie wymagania, rozłąka z rodziną, ciężka praca. Choć rzadko o tym myśli, cieszy się, że przez to przeszła, bo zyskała wiele siły, pewności siebie, otwartość – mama nie musi jej prowadzić za rękę. Może dzięki temu radzi sobie w najtrudniejszych momentach, pokonuje przeciwności, ale też nie idzie tak jak gna fala. Taka szkoła zostaje na całe życie. Dyscyplinę Magda narzuca sobie do dziś, bo wie, że to najlepszy sposób na sukces. Gdy siada przy swoim biurku (a siada regularnie, bo jest autorką bloga o wnętrzach), przerwę robi dopiero po skończonym zadaniu. Nie wcześniej.
Biel uspokaja

Biel uspokaja

Magda mówi, że życie na wsi ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Z tych ostatnich najbardziej uciążliwy jest dojazd do miasta i najbliższego sklepu. Z plusów dodatnich istotne jest to, że za oknem po prostu jest cicho. Raz na jakiś czas tylko przejedzie pociąg i zasygnalizuje, że swiat istnieje i nie popsuł się jeszcze. Magda ceni spokój. We wnętrzach też go lubi: zero przepychu, wielokolorowych dodatków (kolor owszem, ale nie w nadmiarze), spójność. Dobrze się czuje, gdy jest czysto, najlepiej białe. Podoba jej się skandynawski design (wie, że nie jest w tym oryginalna, ale takie wnętrza po prostu jej się podobają). Meble wybiera funkcjonalne, klasyczne, proste, takie, które łatwo dopasować do reszty. A resztę wybiera różnie – czasami ogranicza się tylko do jednego koloru.
I choćby przyszło tysiąc atletów…

I choćby przyszło tysiąc atletów…

Wygląda niepozornie, ale swoje waży. Bez mała sto trzydzieści kilo. Stoi w salonie, w rogu. Jak go wniesiono na górę po schodach, to wielka niewiadoma. Bo że wnieść trzeba było to jasne. Bo, że należą do silnych kobiet to też. Ale, na Boga, jak tego dokonały? Magdzie zawsze się marzył kominek, ale nie taki tradycyjny, klasyczny. Chciała prawdziwy piec kaflowy, trochę w stylu skandynawskim, wielki, koniecznie biały, do sufitu. Zerka na to co ma w swoim salonie i ze smutkiem to coś nazywa namiastką prawdziwego pieca. Owszem, grzeje, ale rozmiarem nie przypomina tego, co chciała. Zastanawiała się jeszcze nad modelem, który był dwa razy większy, dwa razy cięży i …dwa razy droższy. I w dodatku nie był biały. Ale wie, że dobrze wybrała.
Usiąść i wyrysować inne światy

Usiąść i wyrysować inne światy

Dom jest duży, dlatego każdy może tu mieć swój kąt. Michał zajmuje ten przy schodach, obok wejścia na górze. Ma biblioteczkę z ulubionymi pozycjami, swoje biurko (przy nim skleja modele), wygodne krzesło, które Magda kupiła na targu staroci (nie wszystko przecież musi być nowe). Chciała przemalować, ale Michałowi spodobało się takie, jakie jest. W sprawach wnętrzarskich on też ma prawo głosu. Gdyby Magda powiedziała, że tylko ona decyduje i wszystko od niej zależy – wprowadziłaby nas w błąd. Czasami o detalach decyduje też mama: ramki, które wiszą na ścianie to częściowo jej zasługa. Zaczęła kupować je na długo przed tym, zanim się tu wprowadzili. A na biało pomalowały je wspólnie.
Gry dorosłych

Gry dorosłych

O łazience Magda mówi krótko – to była praca pod tytułem układamy domino. I nawet nie chodzi o płytki, tylko o nowy układ ścian. Może to, że zmysł budowlany wyssała z mlekiem matki (oboje rodzice są po szkole budowlanej), trochę ułatwiło zadanie – od razu wiedziała, która ściana jest działowa, która do przesunięcia. W planie domu (planu oczywiście żadnego nie mieli w ręku) łazienki na górze po prostu nie było. Musieli ją wykroić z dużego pokoju, tego, w którym kiedyś mieszkały kurczęta. Magda przyjechała z paczką kredy i rysowała – tu ściana, tu gniazdka, tu rury. Troszkę trzeba było przemyśleć, przeanalizować i dogadać się z robotnikami, ale przecież kontakt z ludźmi to jej specjalność.
Elementy połączone

Elementy połączone

O rany, jak w szpitalu. Różnie ludzie reagują na biel w mieszkaniu Magdy. Biało może jest, ale, co jak co, stylistyka szpitalna jest jej obca. Poza tym nic nie poradzi na to, że jasne wnętrza drgają jej czułą strunę. Ale wracając do szpitala, przecież nie ma zielonej lamperii i wszechogarniającej pastelozy, wyjaśnia. Nie ma. Ma za to oko do dobrze połączonych dodatków. Wybiera je trochę jak elementy idealnej układanki. Niby nic wielkiego, ot ramki na ścianie dopasowane do symetrycznych wzorów na podłodze, metalowe ozdoby w kształcie liści ustawione tuż obok doniczki. Drobnostki, które dobrze grają. Bawi się detalami. To widać. Maluje, wycina, układa, odrestauruje i nadaje starym rzeczom nowe tchnienie. Uważa, że to dobry sposób na to, by nie popaść w rutynę.
Pokój osobisty

Pokój osobisty

Julka bardzo się cieszy, że go ma. Choć najmniejszy z całego domu, dla niej najukochańszy. Bo jej. W dodatku, mama mówi, że może w nim robić to, na co ma największą ochotę, włącznie z bałaganem. Tu ma swoje ży cie: komórkę, ksiązki, biurko i łóżko. Czasy, kiedy przestrzeń do życia dzieliła ze Stasiem, dawno poszły w niepamięć. Mama rozdzieliła rodzeństwo, bo uznała, że tak jest wygodniej dla każdego z nich. Julka cieszyła się jak dziecko, choć dzieckiem już na dobrą sprawę nie jest. Przeszła na inny poziom. Róż poszedł w odstawkę. Urządzała wspólnie z mamą – wybrały białą ponadczasową bazę, bo wiedzą, że taka sprawdzi się zawsze. Dodatki w szarym i turkusie to już pomysł Julii (może za chwilę będą pomarańczowe). Ważne, by kolory były neutralne, miały trochę białego. Mama podpowiadała i pomagała sklecić całość do kupy: stolik zaanektowały z poprzedniego mieszkania, pompony zrobiły własnoręcznie, światełka zamówiły zimą, bo idealnie sprawdzają się na pochmurną aurę i leczą największą chandrę.
Sowy o zmierzchu

Sowy o zmierzchu

Bez względu na to jakich słów użyjemy i na jak wyszukane porównanie się zdobędziemy – sprawa jest jasna. Pokój Julii to królestwo sów. Mieszkają na ścianach, na podłodze, na szafce przy łóżku. Mają różną funkcje i przeznaczenie. Jedne ozdabiają i umilają przestrzeń, inne budzą do życia. Te ostatnie są bardzo przydatne – dobry budzik warto mieć pod ręką. Szczególnie gdy Julii zdarzy się zarwać noc – książki to jej konik (nie mylić z sową). Czyta długo, kładzie się późno. Książek ma całe mnóstwo – czyta hurtowo, podobnie jak mama i babcia. Podobnie jak one uważa, że to jedna z lepszych rozrywek, na jaką człowiek może sobie pozwolić. A biblioteczkę tak swoją drogą udostępnia babci, która z rumieńcami na twarzy już po raz dziesiąty czyta sagę „Zmierzch”. Bo lubi historie, w których człowiek zmienia się na lepsze.
Porządek za zamkniętymi drzwiami

Porządek za zamkniętymi drzwiami

Zamknięte półki w pokoju dorastającej córki to świetne rozwiązanie. Można schować wszystko i nie przejmować się bałaganem. Przede wszystkim to sposób na kolorystyczny chaos – ksiązki w kolorowych okładkach, szkolne zeszyty, przybory i akcesoria przydatne każdej nastolatce już tak nie rażą po oczach. A wiadomo, zawsze jest ich za dużo. Ubrania Julia trzyma w klasycznej – takie są najlepsze – zamykanej bardzo pojemnej szafie. Na wierzchu zostawia niewiele. Ot, dwa kolorowe pudełka, które pełnią rolę dekoracji i szkatułki na skarby (co w nich trzyma?, nie ośmielimy się zapytać). Biel ociepla kolorowymi dodatkami (ma po mamie umiłowanie do ładnie urządzonych pomieszczeń?). I pewnie jak ona lubi jasne wnętrza.
Dla dużych i małych

Dla dużych i małych

Druk, wymiziany, zniszczony egzemplarz, szelest kartek. Żadne tam czytniki (kupiła ostatnio i się nie sprawdził), elektroniczne wydania, pedeefy bez zagiętych kartek (zagina rogi, gdy czyta?). Woli klasyczny sposób – ciepła herbata, wygodne łóżko i książka, najlepiej rekomendowana przez mamę. Mają po jednym egzemplarzu i wymieniają się nawzajem, płaczą nad podobnymi fragmentami, tworzą swój kod, dla siebie tylko czytelny. Czyta dużo najchętniej w swojej sypialni. Siada na łóżku, zapala boczne światło i oddaje się lekturze. Ich łóżko stoi w pokoju Stasia. Wydzielili część dla siebie i część dla synka, bo sypialnię dla siebie zrobią w ostatniej kolejności. Podobnie jak dużą bibliotekę, która będzie w butelkowych zieleniach i jako jedyne pomieszczenie w ciemnym brązie.
Królestwo małego smyka

Królestwo małego smyka

Kolorowo, a jednak z umiarem. Jest białe biureczko (codziennie mama przemywa ściereczką, by ślady po zabawie nie pozostały na zawsze). Nad biureczkiem, w drewnianych domkach mieszkają pluszaki i drewniane samochody. Takie są najlepsze, bo najdłużej wytrzymują Stasiowe ekscesy. Nie psują się i nie łamią pod byle pretekstem. Krzesło mama kupiła na starociach, za 20 złotych, bo uważa, że nie wszystko musi być nowe (wystarczy odrobina czasu, farby i pędzelek, czyli nieodzowne atrybuty Magdy). Poza tym to nie jest tak, że wybiera się raz na zakupy i już wszystko ma. W pokoju jest pojemna szafa na ubranka Stasia i wygodne łóżeczko. Tuż obok jest półka z książeczkami – Staś, podobnie jak mama, babcia i starsza siostra lubi czytać. Dlatego ekspozycja zmienia się dość często, ostatnio przerabiają wspólnie cyferki, bo Staś ma oko na liczenie i za każdym razem wyczytuje z nich inną historię.
Niedźwiadek czy lisek?

Niedźwiadek czy lisek?

Mama rzuca na podłogę kilka poduszek i pyta, czy dziś mały Staś jest liskiem, czy niedźwiadkiem. Możliwości jest wiele – namiot stoi na środku pokoju i w zależności od humoru i oczekiwań chłopca raz jest norką lisków, innym razem rakietą kosmiczną, jeszcze innym zwykłym namiotem, w którym dobrze jest poleżeć i poudawać, że się jest na kempingu. Namiot uszyła znajoma Magdy, młoda mama, która w wolnym czasie, między jednym karmieniem a drugim, tworzy cuda – obszywa małe stołeczki, haftuje pufy, szyje poduszki). Według Magdy tipi to najlepszy ze sposobów na rozwijanie dziecięcej wyobraźni. Dlatego przynajmniej raz w tygodniu rozwija namiot i czeka na to, co tym razem wymyśli mały Staś.
Hobby od dzieciństwa

Hobby od dzieciństwa

Już jako mały chłopczyk siadał nad papierowymi figurkami i próbował skleić je w całość. Czy mógł wtedy przypuszczać, że gdy dorośnie zostanie zawodowym żołnierzem? Czy wiedział o tym, że marzenia czasami się spełniają, czy w ogóle marzył o tym, by wcielić się w postać, którą sam stworzył? Na końcu korytarza w przeszklonej witrynie, oświetlone specjalnym światłem stoją wyeksponowane tygrysy i szermany. Skala 1:72. Magda wskazuje ręką i zaczyna opowiadać, jak żyją żony wojskowych. Nie narzeka, nie, nie ma w tym nic ze smutnego użalania się i zawodzenia na zły los. Po prostu wie, że ma dom i wszystkie obowiązki na głowie: rachunki, dzieci i zepsuty kran. Wie, że nieobecność męża i długie rozłąki, dały jej w kość. Bo to służba, która zostawia wyraźne i czasami bolesne ślady, mówi i się zamyśla. Pewnie tęskni. Na szczęście wie, że Michał trafił na swoje miejsce. I to jest dla niej ważne.
Mamy jak w raju

Mamy jak w raju

Magda w życiu kieruje się zasadą, według której najlepiej liczyć na siebie. Jej dzieci wiedzą, że to „siebie” znaczy też mama. Inne dzieci w tym domu, te dorosłe, wiedzą, że zawsze mogą liczyć na rodziców. Mama jest, gdy się jej potrzebuje. Przytuli, podrzuci ciekawą książkę (przy „Trędowatej” płakały wszystkie), zrobi najsmaczniejsze na świecie pierogi, ugotuje żurek, a na deser poda sernik z malinami. Mama wyjdzie z psem i pomoże rozstawić namiot na środku pokoju. Zadba, by czuć było ducha i klimat starego domu, by zimą było ciepło, a latem przyjemny chłód. Gdy trzeba, opowie bajkę lub weźmie byka za rogi i przeskoczy najwyższą przeszkodę. Mama po prostu jest….we właściwym miejscu