Wybierz swój sklep:

Z wizytą u Klubowiczów

Z pragmatyzmem u Marty


Z pragmatyzmem u Marty

Jak się urządza dom pod miastem

 
Pół roku spędza na morzu, drugie pół w domu, z mężem Marcinem (M&M tak na siebie mówią). Gdy się poznali, w miejscu, w którym mają dom, była góra gliny. Przyjeżdżali tu na spacery (widok na Odrę podobno jest przepiękny). Potem dowiedzieli się, że sąsiednie działki można kupić pod budowę. Wprowadzili się rok temu. Teraz dopieszczają. Marta jest mistrzynią segregowania, lubi kino niezależne, nowości ogląda na bieżąco. Ceni Smarzowskiego. W tamtym roku, poniekąd z obowiązku, obejrzała wszystkie filmy Bergmana (oprócz męża i domu ma też dyplom ze skandynawistyki). Marta zaprasza na herbatę i ciasto. Kawy nie proponuje, bo nie piją.
Dom musi mieć duszę

Dom musi mieć duszę

Dla Marty i Marcina ważne było, by dom był praktyczny, dobrze się go użytkowało, wygodnie mieszkało i szybko doprowadzało do ładu. Słowem – miało być funkcjonalnie: niebłyszczące podłogi, drzwi, fronty, na których nie widać każdego okruszka i odcisku. Poniekąd chcieli dom samosprzątający, ale wiedzą, że cudów nie ma. Zdecydowali:  dużo przestrzeni ukrytych i niewiele przedmiotów dekoracyjnych na wierzchu. Nie przepadają za ekspozycjami pamiątek. Marta mówi, że dziś dużo rozważniej podeszliby do budowy (oboje wychowali się w blokach, na metrażach ok. 60 m, w rodzinach typowych – dwa plus dwa i kot/pies). Gdy decyzja o budowie nabrała rozpędu, zaczęli pracę nad projektem. Był przemyślany, ale nie wszystko przewidzieli. Na pewno budowali w dobrym momencie – jeszcze nie mają dzieci, są niezależni finansowo, a w mieszkaniu Marcina mogli mieszkać tak długo, aż dom będzie gotowy.
Wizja i działanie

Wizja i działanie

Budowa domu to poważne przedsięwzięcie, do którego w różny sposób można podchodzić. Jedni zawierzają architektom i deweloperom, nie angażują się, wychodząc z założenia, że specjaliści wiedzą lepiej. Inni trzymają rękę na pulsie, nie odpuszczają. Jak Marcin. Już na etapie planów wszystko sprawdzał, intensywnie zgłębiał temat, interesował się. Chodził nawet na targi budowlane. Na jednych trafił na firmę, u której zobaczył próbkę szarego drewna. Wiedział, że to oni zrobią zabudowę w kuchni. Od razu miał wizję i niemal gotowy projekt: szafki mają być obudowane dookoła blatem. Marcie zależało na szufladach – chciała ich jak najwięcej, bo tak jest wygodniej ze względu na dostępność rzeczy (wszystko widać jak na dłoni). Zapytana, czy brakuje jej miejsca do przechowywania, chwilę się zastanawia, po czym pół serio, pół żartem, mówi, że nie. Może dlatego że przecież nie jest typową Polką – nie gromadzi i nie ma jeszcze dzieci. A wiadomo z nimi przybywa kuchennych utensyliów. Na szczęście obok jest ukryta spiżarnia – dom jest przecież praktyczny.
Szarlotka z cynamonem

Szarlotka z cynamonem

Każdy ma słowa, które lubi bardziej lub mniej, takie, które go rozśmieszają, budzą wspomnienia, są magicznym kodem, które pod podszewką mają zupełnie inne znaczenie niż na powierzchni. Swoje magiczne słowa Marta z Marcinem wypisali na szklanej ścianie w kuchni. Nie chcieli w tym miejscu glazury, bo płytki ciężko utrzymać w czystości. Szukali alternatywnego rozwiązania. Pragmatyzm zwyciężył (nie tylko tu). Dużo łatwiej i szybciej wyczyścić szyby niż płytki i fugi. Zastanawiali się, czy szyba ma być elementem dekoracyjnym czy neutralnym. Mieli zrobić ściągę z przelicznika wag, ale doszli do wniosku, że gotują za rzadko. Wybrali nazwy produktów spożywczych. Słów jest wiele, ale mają ulubione – u Marty dominuje pączek, u Marcina faworki. Jak widać mają podobne gusta nie tylko wnętrzarskie, ale też smakowe. A w czym się różnią? 
Zaczarowane miejsca

Zaczarowane miejsca

Oprócz magicznych słów związanych z jedzeniem, Marta ma magiczne słowa związane z miejscami, a dokładniej z osobami. Tymi najbliższymi. Nowy Jork, bo nie było Chicago, a Chicago, bo tam ma rodziców. Kiedyś mieszkali w Ełku, ale wyjechali. Kiedy dzieci się usamodzielniły, prościej podjąć taką decyzję. Summa summarum, za granicą jest dużo łatwiej. Wie też o tym brat Marty, którego los rzucił do Londynu. Przerwał prawo i ruszył z pierwszą falą emigracji. A Paryż? Nigdy tam nie byli, ale marzy im się. Może kiedyś w przyszłości. Jeszcze nie wiedzą, czy będą mieszać w tym domu (tak chcieliby rodzice, którzy tuż obok planują wybudować własny kąt), czy może w mieszkaniu z widokiem na miasto (tak chciałby Marcin) albo z widokiem na fiordy (tak chciałaby Marta).
Napisy na ścianie to nie jedyne litery w jadalni. Czujne oko dostrzeże je też na lampie. Są po to, by łatwiej ją złożyć. A składa się trochę jak puzzle, każda listewka ma swoją literkę, którą trzeba dopasować do innej. Dla Marty meble, które montuje się w domu, to rewolucyjny pomysł.
Dwa dni przy sztaludze

Dwa dni przy sztaludze

Marta sztuką interesuje się od dawna, ale to Marcin wynalazł i zaproponował, by taki obraz powiesić w tym miejscu (dobrze się wpasowuje kompozycyjnie). Marta nie była przekonana, może dlatego, że na akcent kolorystyczny powielany w całym domu wybrała limonkowy (Marcinowi zależało na żółtym). Może było to spowodowane chwilową niechęcią do malowania. Zgodziła się, bo Picasso jest jej ulubionym artystą. Ale długo nie mogła usiąść do sztalugi (potem nie mogła się oderwać). Malarstwo to jej hobby (nie próbowała z nim związać życia zawodowego, bo wiedziała, że się z tego nie utrzyma). Maluje (a tak naprawdę reprodukuje, bo rzadko autorsko coś tworzy) głównie dla znajomych (śmieje się, że autor przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział co robi:  czasami zmienia tonację lub jeden element, by dzieło pasowało do salonu zamawiajacych). Pod obrazem długo nie mieli żadnego mebla. Przecież nie mogli postawić czegoś, co konkurowałoby i dominowało. W końcu znaleźli witrynkę, a tak naprawdę młodych rzemieślników wizjonerów, którzy starym meblom z PRL nadają nowe życie. Są w stanie zrobić dowolną wariację – wystarczy określić ramy kolorystyczne. Oni nie musieli się długo zastanawiać.
Kraina zbieżności

Kraina zbieżności

Projekt wnętrz zrobili idealny. Udało im się, bo mają bardzo sprecyzowany gust i na całe szczęście bardzo zbieżny. Jak wchodzili do sklepu, każde szło w inną stronę, ale i tak spotykali się w tym samym miejscu. To ogromne ułatwienie. Problemy pojawiały się gdzie indziej. Z różnymi meblami podobne. Dom budował się długo, a oni nie czekali do końca: wyposażenie wybierali dużo wcześniej (porównywali niedawno plany pierwotne z realizacją – zbieżność wyniosła 99%). Dużo wcześniej wybrali też konkretne modele mebli, ale nie mogli ich kupić, bo nie mieli gdzie składować. I potem dochodziło do niespodzianek. Sofę na miesiąc przed tym, jak już mogli zamówić, wycofano z produkcji. Całą zabawę musieli zacząć od początku. Zamiennika szukali długo. Kanapę znaleźli praktyczną, jakościowo rewelacyjną i łatwą w czyszczeniu (myślą perspektywicznie przez pryzmat dzieci). Taki zakup rekompensuje stratę.
Dom pełen niespodzianek

Dom pełen niespodzianek

Nie możemy zobaczyć miny gości, gdy Marcin robi im prezentację. Nie możemy też zobaczyć siebie, ale wiemy, że wrażenie jest ogromne. Marta zasłania rolety, gasi światło i bierze do ręki pilot. Jak sama mówi, chce nam pokazać zabawkę męża. Zabawka stoi za szklaną szybą i ma niebieski kolor. Maluch, tak na nią mówi Marcin. Mały samochód z wielkim „sercem”, czyli najmocniejsza wersja tego modelu doprawiona kilkoma specjalnymi elementami, ponieważ Marcin w wolnych chwilach ściga się amatorsko. A szklana skośna ściana była punktem wyjścia całego planu architektonicznego, od tego się zaczęło. Dziś już by się na to nie zdecydowali: uważają, że to za bardzo dominujący element, który determinuje cały układ. Narzuca i wymusza ustawienie mebli. Skąd w ogóle pomysł na taką ścianę? Chyba z salonu samochodów. Ale kto to dziś pamięta. Diabolik (jeszcze o nim usłyszymy) to pomysł Marty (byli zgodni, że szybę trzeba zasłonić). A że taki Diabolik nie znosi konkurencji, nawet nie silili się na elementy dekoracyjne.
Człowiek orkiestra

Człowiek orkiestra

Niebieski Maluch to nie jedyna pasja Marcina. Owszem, lubi na niego zerkać, siedząc w swoim pokoju, ale przecież dużą frajdę ma też ćwicząc (regularnie rano w tymczasowej siłowni – pokoju, który docelowo będzie dzieci) czy grając (w co, zapytamy następnym razem). Marta nie ma nic przeciwko tak długo, jak to nie wpływa na ich życie. Pokój początkowo był przystosowany do słuchania muzyki, bo Marcin jest też miłośnikiem dobrego brzmienia. Lubi głośno słuchać (czego, zapytamy inny razem). W czasie projektowania okazało się, że pomieszczenie jest za małe na tego typu hobby (dlaczego, zapytamy przy okazji). Do słuchania muzyki zdecydowanie lepszy będzie salon. Pokój w domowym żargonie został przechrzczony na norkę do grania, która czeka na kilka dodatków, np. wygodne krzesło A że mebel musi spełnić mnóstwo wytycznych, jeszcze sobie na niego poczekają.
W sklepie z zabawkami

W sklepie z zabawkami

W Diaboliku najpierw zakochała się Marta. Nie ukrywa, że to jej ulubiona alternatywna postać, przy której wszystkie inne nie mają szans. Zaczęła od zakupu dostępnych komiksów (ma wiele wydań archiwalnych), potem przeczytała je od deski do deski. Plakat woziła ze sobą po kilku mieszkaniach (miała i w Ełku, i w Gdyni). Aż w końcu opowieść o superbohaterze sprzedała Marcinowi, który stał się fanem starej sztuki komiksowej. Cieszy się, bo Diabolik jest z nimi w szerszym wydaniu. Będzie też na jednym z kolorowych frontów – teraz jest dziura, bo czekają na obklejenie. A meble, swoją drogą, kupili w sieciówce. Kolekcja młodzieżowa to było dla nich olśnienie. Teraz wiedzą, że nigdy nie wiadomo, gdzie znajdzie się meblarską perełkę. Marcin jest perfekcjonistą, więc sprawdzili wszystko. Pokój czeka na ostateczny szlif, a Diabolik na kolejne miejsce.
Jaki stopień za schody? Piątka?

Jaki stopień za schody? Piątka?

Marcin już wie, jakie są schodowe zasady ergonomii – ile centymetrów w górę, ile na stopę, na jakiej wysokości barierka. Bo przecież coś, co wygląda ładnie wcale nie musi być wygodne. U nich musi. Jest i jedno, i drugie. Projekt robił Marcin, ale najpierw wnikliwie zgłębił temat (w końcu jest perfekcjonistą). Tym bardziej że mieli różne doświadczenia z domów znajomych – czasami za stromo, za wąsko, za długo. Schody rozrysował w odpowiednim programie, w kilku wersjach i przesłał Marcie  do akceptacji (zawsze daje jej do wglądu). Potem ustalają, który wariant jest najlepszy. Czy mają przy tym zabawę? Na pewno sprawia im to satysfakcję. Czasami tylko Marcin przeklina i powtarza, że gdyby udało mu się znaleźć daną rzecz chociaż zbliżoną do tego, co wymyśli, to wolałby kupić i mieć z głowy.  Lubi projektować, ale już niekoniecznie walczyć z wykonawcami, którzy są różni. Tymczasem czeka ich walka z żyrandolem – wymiana żarówki to trochę cyrkowa sztuczka.
Kolory do spania i chodzenia

Kolory do spania i chodzenia

Jakby ktoś kilka lat temu powiedział Marcie, że będzie miała sypialnię w kolorze różowym, nigdy by nie uwierzyła (tak samo jakby nie uwierzyła, że będzie marynarzem). Nie lubi tego koloru, dość stereotypowo do niego podchodzi. Ale przecież Marcin ma siłę perswazji. To on kupił taką narzutę i przekonał Martę, że nie ma tego złego. Róż ma przecież głęboką gamę. Można wybrać coś szlachetnego, co szarości doda ciepłego, sypialnianego klimatu.
Szafy robili na zamówienie. Mieli wyklarowaną wizję i problem ze skosami i wielkością: szafy miały być gigantyczne. Całością podzielili się równo – każde ma taką samą pełną część: na spodnie, garnitury, koszule, sukienki. Na końcu – półka z butami i na większe gabaryty. Wszystko idealnie pogrupowane. I wcale nie jest tak, że kobiety mają więcej. Marcin jest trochę chomikiem, ale walczą z tym i starają się selekcjonować garderobę na bieżąco. W czasie przeprowadzki okazało się, że ma spodnie i swetry, w których jak niewydarzony hippis (tak żartuje Marta), chodził jeszcze w tamtej epoce.
Kot w wiecznej podróży

Kot w wiecznej podróży

Są przyjaźnie, które trwają bez końca. Na zdjęciu sprzed dwudziestu lat Marta trzyma małego czarnego kotka. Przytula go jak zabawkę. Na tym sprzed dwóch, wyeksponowanym spośród innych fotografii, też ma kota, też czarnego i tak samo mocno go tuli. To Gacek. Na jednym i drugim ten sam. Miała go i w Ełku (gdzie spędziła dzieciństwo), i w Gdyni (gdzie studiowała), i w Szczecinie (gdzie przyszło jej żyć). Tylko jak wypływała w morze zostawiała go z Marcinem (wiadomo, koty nie przepadają za podróżami). Marcin początkowo nie przepadał za Gackiem. Wychowywał się z psem i podchodził do kotów stereotypowo – że złośliwe, fałszywe i zupełnie nieprzyjacielskie, ale po pewnym czasie diametralnie zmienił zdanie. Kot był z Martą przez 21 lat. Gdy w zeszłym roku musieli się z nim pożegnać, Marcinowi też zmiękło serce.
A zdjęcie z Gackiem zrobił Marcin, który jest amatorem fotografii. Powiesili nad komodą, która dobrze im się tam wpasowała, ma barokowe wstawki, ale jest bardzo prosta, bez uchwytów i wystających elementów. Wszystko jest delikatne, ukryte, minimalistyczne i na dodatek w idealnym kolorze.
Odpoczynek, ale nie od czytania

Odpoczynek, ale nie od czytania

Plan był prosty: łazienka na dole miała być industrialna, mała, ciemniejsza, ta na górze w kolorach ziemi, większa, jaśniejsza, sprzyjająca relaksacji – w wannie albo pod prysznicem, szczególnie że urządzenia są wyposażone w masaże wodne. Kto z czego korzysta, nie jest już tak oczywiste, jakby na pierwszy rzut oka wyglądało: Marta woli brać prysznic, a długie polegiwanie w wannie to domena Marcina – w weekendy, jak ma więcej czasu, odpoczywa po tygodniu pracy. Marta jest z tych aktywnych – woli w tym czasie poczytać albo się pouczyć. Obok wanny mają sprytny schowek (jak trafnie określa go Marta). Pierwotnie był koszem na pranie, ale teraz, gdy mają oddzielną pralnię, trzymają w nim suszarki, prostownice, lokówkę. Mebel, sprawdza się, bo jest bardzo praktyczny.
 
Naturalne światło

Naturalne światło

Marta i Marcin mają bardzo mocne poczucie sprawiedliwości. Tym, czym mogą, dzielą się po równo. Dlatego też w łazience są dwie umywalki – jedna Marty, druga Marcina. Podobnie z szufladami. Jeśli jest bałagan to od razu wiadomo, kto zrobił. Raczej są zgodni, mają podobny gust, ale gdy urządzali,  mieli kilka spornych sytuacji (urządzić 250 m i ani razu się nie pokłócić?). Decyzje, co do ostatecznych rozwiązań, woleli mieć jednoznaczne. Batalia była o szafki: ile, w jakiej konfiguracji, gdzie, podwieszane, stojące na podłodze. Koncepcji pojawiło się kilka (np. by zbudować specjalną ścianę, która by częściowo zmniejszyła powierzchnię łazienki). W sumie zwyciężyła prostota: zdecydowali się na jedną podumywalkową. Początkowo Marcie wydawało się, że nie pomieści wszystkich środków do pielęgnacji. Teraz jest zadowolona i kiedy tylko może, nakłania kobiety do ograniczenia ilość kosmetyków. Tylko lakierów do paznokci się nie pozbyła. Ma ich całą szufladę.
Po raz drugi wybierają funkcjonalizm

Po raz drugi wybierają funkcjonalizm

Jeśli kiedyś będą jeszcze budować dom (Marta, co prawda ze względów bezpieczeństwa, wolałaby mieszkać w bloku), zbudują inny, lepszy, bardziej funkcjonalny (da się bardziej niż ten?). Na razie  hipotetycznie: wiedzą, że w nowym zrobiliby pomieszczenia gospodarcze (dzięki którym można uporządkować przestrzeń), małe garderoby (są rewelacyjne), przejście do garażu z holu (bardzo przydatne). Sprawdza się pokój gościnny (trochę zimny, bo goście nie są codziennie). Niezastąpiona jest pralnia. Marta cieszy się, że może panować w niej chaos (ale nie panuje). Ona zamyka drzwi i nie myśli, że ktoś na to patrzy. Trzyma tam sprzęty higieniczno-łazienkowe. Ma PAX-a na ręczniki i pościel. A pod ścianą – małe biurko na hobby. Na razie robi tylko proste ściegi, ale potrafi już uszyć poduszki (rozdaje znajomym). Czeka na mamę, która przyjedzie i nauczy ją bardziej wyrafinowanych rzeczy. Kto, jeśli nie mama, przecież doskonale umie to robić.
Czasami wygrywasz, czasami się uczysz

Czasami wygrywasz, czasami się uczysz

Czwarty segregator od lewej, trzecia teczka, drugi regał od okna. Taką instrukcję dostaje Marcin, gdy Marta jest daleko na morzu i ma tylko trzy minuty, by przekazać informację. Z taką instrukcją bez problemu znajdzie to, czego szuka. Marta ma wszystko idealnie poukładane i posegregowane. W teczkach, folderach, pojemniczkach. Niejeden by jej pozazdrościł (my z całą pewnością). Idealnie pamięta, może dlatego, że regularnie ćwiczy pamięć. Jak sama mówi, jest wieczną studentką, cały czas się dokształca. Co prawda nie jest łatwo – praca na morzu jest dość destrukcyjna dla trybu studenckiego (a internet w kajucie nie należy do standardów, więc czasami trudno wyrobić się w terminie). Marta wie, że ze wszystkiego da się wyciągnąć lekcje, bo nic nie dzieje się bez przyczyny.  Niekiedy to, co przewraca świat do góry nogami, okazuje się błahostką. Ale wiemy to po czasie.
W pokoju ma kilka przedmiotów, które są odwołaniem do korzeni. Ikona od babci lub samowar od teścia – ten rodzinny po pradziadkach niestety przepadł. Jej rodzina pochodzi ze wschodu, więc ta wschodnia dusza cały czas po cichu w jej środku kwili. 
Mała handlarka prozą

Mała handlarka prozą

Milan Kundera, Bukowski, Jonathan Carroll, Topor, Vonnegut, wymienia jednym tchem i przyznaje, że kiedyś czytała dużo więcej. Najbardziej lubi czytać siedząc na kanapie. Ma autorów, do których wraca.  W nowsze trendy się nie zagłębia (nie wątpi, że jest kilku dobrych pisarzy). Lubi klasyczne wydania. Jej pokój w domu rodzinnym był dwa razy mniejszy, a elementem dominującym były książki. Dla niej to podstawa. Cały czas poszerza swój księgozbiór, nazywa to nałogiem. Sama też kiedyś myślała o tym, by pisać (jak żartobliwie to określa ma niezrealizowane zapędy pisarskie). Może dlatego na półce postawiła maszynę, która kojarzy jej się pozytywnie, z literackim romantyzmem, choć sama jest daleka od romantyzmu w jakiejkolwiek postaci. A w czytaniu towarzyszy jej łasiczka.
Gospodyni miejska, czyli kobieta wszechstronna

Gospodyni miejska, czyli kobieta wszechstronna

Marta dużo mówi o literaturze. W jej pokoju cały czas trafiamy na coś, co staje się impulsem do takiej rozmowy. Weźmy na przykład taki plakat. Z daleka wygląda na kolorowe równo ułożone prostokąty, ot taki graficzny motyw. Gdy podejdziemy bliżej, zobaczymy, że graficzny motyw to nic innego jak  okładki książek. Te, które czytała lub chciałaby przeczytać i które coś dla niej znaczą. Wszystkie są z tego samego angielskiego wydawnictwa. Traktuje je jak symbol, bo literatura jest z nią cały czas, jak sama mówi, ucząc i dając dużo mądrości. A jaki ma sposób na literaturę światową? Robi tak: kupuje dwa egzemplarze, w oryginale i po polsku – i czyta równolegle rozdział po rozdziale, by nic jej nie umknęło. A w szafie (projektowanej przez Marcina pod jej oczekiwania) trzyma pędzle, ołówki, szkicowniki, przyborniki. Bo gdy nie czyta – bierze pędzle i maluje.
Prosta koncepcja – metal i szkło

Prosta koncepcja – metal i szkło

Są ludzie, którzy potrafią stawiać sobie konkretne cele i konsekwentnie do nich dążyć. Marcin do takich należy. Ma siłę przekonywania, zdecydowany charakter i jasno wytyczoną drogę działania. Jak coś postanowi, jest bardziej niż pewne, że to zrealizuje. Tak jest często i tak było z tą łazienką, a dokładniej z płytkami. Marcin zobaczył je w salonie. Jego uwagę przykuł piękny mat grafitu i czerni.  Może przeszedłby koło nich obojętnie, gdyby nie usłyszał, że producent stworzył je we współpracy  ze znaną włoską firmą projektującą akcesoria do samochodów sportowych. Dla Marcina to był decydujący argument. Dla Marty nie, ale ponieważ dobrze zna swojego męża, wiedziała, że jest po wszystkim. Nieważna była cena, że nie do zdobycia, że się nie nadają do łazienki (okazało się, że strasznie reagują na wodę), są niepraktyczne. I w dłuższej perspektywie nawet to, że zostają brzydkie ślady po wodzie, schodzi na dalszy plan. Przecież są rzeczy ważne i ważniejsze.
Bałagan? Jaki na Boga bałagan

Bałagan? Jaki na Boga bałagan

Oboje lubią porządek. I cudownie się w tym uzupełniają. Marta to doskonała organizatorka (wie, jak poukładać potrzebne rzeczy). Marcin jest w stanie dopilnować, by wszystko działało tak, jak było w zamyśle. To widać już od samego wejścia. Przestronny hol – wieszak na ubrania gości, ławeczka, lustro, duże okno. Czysto, schludnie, minimalistycznie, jasno. Marta jest zakochana w stylu skandynawskim (jakby mogła, wszystko pomalowałaby na biało). Obok wejścia urządzili garderobę.  Rzeczy trzymają w koszykach, kartonach, na wieszakach, w zestawach do szuflad (te słynne z IKEA, mówi o nich Marta). Nie muszą nawet po zimie chować garderoby – wszystko zostaje w tym miejscu. Teraz sytuacja jest do opanowania, ale wiedzą, że gdy pojawią się dzieci, może im się to wymknąć spod kontroli.
Życiowy kompas

Życiowy kompas

A ten statek, to morze? Jak to się stało? To długa, skomplikowana historia na zupełnie inną opowieść. Marta mówi niewiele. Co możemy ustalić? Nie zamieniłaby swojej pracy na żadną inną. Dopóki nie mają dzieci, może sobie pozwolić na takie pływanie, choć uważa, że to nie jest zawód dla kobiety (i mówi to z pełną odpowiedzialnością). To ciężka fizyczna praca i bardzo męskie zajęcie, ale też wiele  satysfakcji. W czasie pobytu na lądzie oddycha, odzyskuje równowagę, regeneruje siły, stara się jak najwięcej czasu spędzać z mężem. Jako marynarz ma dość morza. Dlatego w jej domu nie ma akcentów morskich, oprócz… kompasu, który nosi na szyi. Dostała go od mamy, gdy zaczęła pływać. Nigdy go nie zdejmuje.