Wybierz swój sklep:

Z wizytą u klubowiczów

Z wizytą u Marty i Jana

W miejscu, w którym czuć szacunek do upływającego czasu.

Architektura Starego Mokotowa potrafi skraść serce niejednemu spacerowiczowi. To tu mieszkają Marta i Jan. W przedwojennym domu wspólnie wychowują Polę, Mię i Stasia. Drewniane schody prowadzące na piętro i dalej, na poddasze, od lat rozbrzmiewają tupotem stóp kolejnych pokoleń.

Opowiedzcie, proszę, jaka historia wiąże się z miejscem, w którym mieszkacie?


Jan: Dom, w którym się spotykamy, został odbudowany po wojnie przez mojego dziadka, który był architektem. Wojenne zniszczenia dotknęły około 75% budynku. Na początku rodzina żyła w nieotynkowanym domu, w części pomieszczeń w ogóle nie było okien, do ogrzewania używano pieca węglowego. Dom stopniowo zyskiwał elementy, które się z nim kojarzą.

Ten dom zawsze był pełen ludzi i zmieniał się w zależności od potrzeb domowników.

Marta: Wszystkie drewniane elementy, takie jak okna czy schody, zostały zaprojektowane przez dziadka Jaśka i służą nam do dziś. Bardzo je lubimy i trudno nam sobie wyobrazić, że kiedyś trzeba je będzie wymienić.

Jan: Kiedy moja mama dołączyła do rodziny ojca, podział przestrzeni domowej był podobny do tego, jaki jest teraz. Parter budynku zajmowali babcia z dziadkiem, a młode pokolenie, czyli moja mama i jej mąż Jacek, mieszkali na górze. Od czasu do czasu pomieszkiwali tutaj również ich przyjaciele, co trwało raz dłużej, raz krócej. Ten dom zawsze był pełen ludzi i zmieniał się w zależności od potrzeb domowników.

Marta: Pamiętam, że mama Jasia miała bukiet suszonych kwiatów, który tworzył na ścianie piękną i jednocześnie niezwykle oryginalną kompozycję. Co ktoś przyniósł kwiaty, to po przekwitnięciu dokładało się je do bukietu i ten zaczynał żyć swoim życiem.

Czy Wasz dom zmienia się wraz z domownikami?

Jan: Tak, ewidentnie ten dom ewoluuje z nami. W naszej rodzinie wszyscy związani są ze sztuką albo architekturą.

Marta: Jaś jest architektem, ja architektką wnętrz, Viola jest architektem wnętrz i wystawiennikiem, a Jacek jest architektem, urbanistą, malarzem. U nas proces twórczy nie kończy się w pracy, a w naturalny sposób przenika w sferę domową. Znakiem tego są pojawiające się w domu obrazy, makiety architektoniczne i inne ważne dla nas przedmioty.

Jan: Przez wiele lat strych był pracownią mojej mamy. Ze względu na metraż ta przestrzeń stała się również składowiskiem rzeczy należących do zaprzyjaźnionych z rodziną osób, przez co była zawalona po sufit rozmaitymi przedmiotami. W którymś momencie mój tata stwierdził, że powinniśmy zaadaptować poddasze, było to wtedy, gdy na świecie byli już Pola i Staś. Ułatwieniem w transporcie mebli między piętrami stała się zaprojektowana przez tatę specjalna maszyna oblężnicza, przypominająca trochę tę z projektu Leonarda da Vinci. Miała cztery koła i stalową ramę widoczną w obecnym pokoju dzieci, cały mechanizm został niezwykle dopracowany. Pamiętam, że remont poddasza kończyliśmy w największą śnieżycę i następnego dnia siadaliśmy tam do wspólnej Wigilii.

Wszystkie drewniane elementy, takie jak okna czy schody, zostały zaprojektowane przez dziadka Jaśka i służą nam do dziś.

Jak przestrzeń, w której żyjecie, przenika się z Waszą pracą zawodową?

Marta: Nasz dom jest dla mnie inspiracją do pracy. Do wnętrz, które projektuję, staram się przemycać na przykład odnowione starocie. Teraz jest taki trend, ale kilka lat temu nie było to w ogóle modne.

Jan: Miałem okres zachwytu różnymi wnętrzami. W dzieciństwie na przykład takimi, w jakich żyli moi koledzy z bloków na końcu ulicy. Pomieszczenia urządzone były oszczędnie, wszystko było nowe. Dziś, kiedy projektuję wnętrza dla kogoś, staram się wsłuchiwać w oczekiwania moich klientów, ale przemycam w tym prostotę i „czyszczę“ przestrzeń. Może to moja odskocznia od naszego domu, który jest bardzo nasycony? Lubię wnętrza, które nie mają nic albo mają bardzo mało, w nich czuję się świetnie.

Granat jest nową czernią i to jest zdecydowanie nasz ukochany kolor.

Jakimi kolorami lubicie otaczać się w domowej przestrzeni?


Marta: Granat jest nową czernią i to jest zdecydowanie nasz ukochany kolor. Stojące w salonie kanapy w stylu chippendale zostały obite prawdziwym jeansem. Mamy słabość do starych mebli w nowym wydaniu. Nie tak dawno tapicerowane były również krzesła przy stole. Ustaliliśmy, że nie wracamy do starych, klasycznych brązów czy zieleni, ale właśnie do granatu.

Wasz dom pełen jest rodzinnych historii, ale i ciekawych rozwiązań, które sprawdzają się w codziennym użytkowaniu. Opowiedzcie, proszę, o kilku z nich.

Jan: W naszej sypialni mamy materac na podłodze, który w ciągu dnia bardzo szybko można schować za pomalowaną na biało ścianą z płyty OSB.

Marta: Kiedyś była tam sypialnia naszej starszej córki. Kiedy zajmowaliśmy tylko jedno piętro domu, byliśmy na tyle wyrozumiałymi rodzicami, że na noc wyciągaliśmy materac zza tej ścianki, a w ciągu dnia chowaliśmy go z powrotem, by ona miała swój pokój. Na pierwszy rzut oka był to jej azyl bez śladu obecności dorosłych.

Jan: Podczas rodzinnych przyjęć w miejscu wspomnianego materaca stawiamy stół i sypialnia zamienia się w wielki salon.

Marta: Poza tym we wnętrzach bardzo cenimy tkaniny, uważam, że mają w sobie coś lekkiego. W naszej sypialni za zasłonami kryje się szafa, z kolei na poddaszu biały materiał podkreśla odrębność sypialni dzieci.

Jan: Nie wyobrażam sobie podzielenia przestrzeni na górze na pokoje. Ciekawym rozwiązaniem byłaby ściana wykonana z drewnianych listew z minimalnymi odstępami. Sprawia wrażenie monolitu, a jednocześnie dla osoby, która jest w środku, stwarza pewną prywatność. To rozwiązanie, które wypróbowałem w projektowanych przeze mnie wnętrzach.

Marta: Ta część wspólna w pokoju Poli i Stasia jest dla nas bardzo ważna, ponieważ chcemy nauczyć nasze dzieci przebywania ze sobą. Są, oczywiście, konflikty między nimi, a Pola co jakiś czas wspomina o drzwiach do swojego pokoju, które chciałaby dostać na Gwiazdkę. Marzymy o tym, by czas buntu i zamykania się w pokoju zamienił się w symboliczne trzaskanie kotarą. Odbyliśmy wiele rozmów o dzieleniu przestrzeni dzieci, lubimy kreować ją w zależności od potrzeb. Co rusz ktoś do nas przychodzi i słyszymy, że coś jest inaczej, meble zmieniają swoje miejsce, ale dla nas ten rytm zmian jest naturalny.

Poza tym we wnętrzach bardzo cenimy tkaniny, uważam, że mają w sobie coś lekkiego. W naszej sypialni za zasłonami kryje się szafa.

Ta część wspólna w pokoju Poli i Stasia jest dla nas bardzo ważna, ponieważ chcemy nauczyć nasze dzieci przebywania ze sobą.

Przywiązujecie się do przedmiotów?

Jan: Nie wyobrażamy sobie, że mielibyśmy wyrzucić rzeczy po pradziadkach. Będą z nami zawsze, będziemy starali się przekazać je naszym dzieciom.

Zdradźcie, proszę, jak sobie radzicie z przechowywaniem? Czy macie swoje sprawdzone sposoby?

Marta: Obok domu stoi nasz kontener śródziemnomorski, nazywamy go potocznie „conteneiro“. Doskonale spełnia rolę dodatkowej przestrzeni do przechowywania. W środku jest wszystko, czego nie chcemy się pozbywać, a co nie mieści się w domu. Odkąd pamiętam, przepełniony był rzeczami i myślę, że nadal jest w nim tłoczno.

W której części domu spędzacie wspólnie najwięcej czasu?


Marta: Starsze dzieci bardzo lubią przebywać u siebie na poddaszu, a Mia ma dwa lata i w tej chwili wędruje wszędzie. Ze względu na jej bezpieczeństwo w okolicach schodów stosujemy różnego rodzaju zabezpieczenia.

Myślę że za rok, dwa nasz dom zacznie już bardziej wracać do stanu sprzed pięciu lat, kiedy każdy gdzieś w domu zajęty był swoimi sprawami. My chyba najczęściej przebywamy w części dziennej. Z kolei w okresie wiosenno-letnim życie naszej rodziny przenosi się do ogrodu.

Jan: Ostatnio odświeżaliśmy drewniany domek, w którym bawią się Mia, Staś oraz zaprzyjaźnione dzieci. Pola już z niego wyrosła, ale planuje urządzić w nim biwak z przyjaciółką. Po tygodniu ciężkiej pracy z przyjemnością zabieramy się do przydomowych zajęć na świeżym powietrzu. Moja mama przygotowuje nam wtedy różne przekąski i napoje, więc na stole co chwilę lądują różne pyszności.

Marta: Okres od maja do późnego września to najlepszy czas dla naszego domu. Mamy na przykład swój system koszyków wciąganych przez okno, co pozwala uniknąć ciągłego biegania z góry na dół.

Ostatnio odświeżaliśmy drewniany domek, w którym bawią się Mia, Staś oraz zaprzyjaźnione dzieci.

Wszystko tworzy się z myślą o życiu rodzinnym, a nie z czystej potrzeby piękna.

Jak wyobrażacie sobie Wasz dom za 10 lat?

Jan: Nie wiem, gdzie nas finalnie rzuci życie, ale uważam, że taki włoski model rodziny, w którym wszyscy mieszkają blisko siebie, jest bardzo miły. To jest chyba z dużym zyskiem dla obu stron. Mój ojciec wkłada duży wysiłek w to, żeby jego wnuki malowały. Ten proces przechodzi różne etapy, bo one są tym raz bardziej, a raz mniej zainteresowane. Doceniamy, że zawsze jest im w stanie przekazać coś od siebie. Gdybyśmy spotykali się raz w tygodniu czy tylko z okazji świąt, więzi rodzinne wyglądałyby pewnie inaczej. Wszyscy są zagonieni, a pokoleniowe przekazywanie mądrości życiowej wymaga czasu.

Marta: Czasami snujemy plany, gdzie nasze dzieci będą mieszkać, jak będą już dużo starsze. My zamkniemy się na parterze, a oni będą tutaj robić własne życie. Dom jest na wskroś rodzinny, przez to, że żyją tu trzy pokolenia. Nie przeszkadzamy sobie wzajemnie i zawsze możemy liczyć na wzajemną pomoc.

Jan: Można siąść na strychu i pracować, mając na uszach słuchawki. Na piętrze ktoś może zająć się gotowaniem, a dzieci zabawą na zewnątrz. Każdy może mieć swój kąt.

Na koniec powiedzcie, proszę, czym jest dla Was dom?

Marta: Dom to ludzie. Gdybym mieszkała tu sama, byłoby zupełnie coś innego. Wszystko tworzy się z myślą o życiu rodzinnym, a nie z czystej potrzeby piękna. Lubię tu mieszkać i cieszę się, że ci, którzy nas odwiedzają, czują się tutaj dobrze.