Wybierz swój sklep:

Z wizytą u klubowiczów

Dlaczego wybraliście Bródno?

Ania: Zdecydowało o tym mieszkanie, w którym się wychowałam. W tym bloku mieszkali pracownicy warszawskich zakładów telewizyjnych, gdzie pracowała moja mama, i mieszkania w nim przyznawane były pracownikom z przydziału. Mieszkałam tu do 8. roku życia, do czasu, gdy z rodziną wyprowadziliśmy się na Grochów. Gdy przyszedł czas usamodzielnienia się, wróciłam tutaj.

Co myślicie o tej dzielnicy? Co jest w niej ułatwieniem, a co sprawia kłopot?

Gabryś: Dla mnie był to szok, ponieważ przeprowadziłem się tu z Placu Zbawiciela, z centrum Warszawy, gdzie mieszkałem przez 10 lat. Jestem z Ząbek i po zmianie na budynek, w którym jest Plan B, znowu wróciłem w zbliżony rewir.

Ania: Lubimy to, że jesteśmy na swoim. To ogromny plus, bo nikt nie wypowie nam umowy najmu, możemy tutaj zapuścić korzenie, a także inwestować swój czas, chęci i zasoby w to mieszkanie. Uwielbiamy park, który nie dość, że jest uroczy, to mamy do niego dosłownie kilka kroków. Myślę, że to jedno z piękniejszych zielonych miejsc i jednocześnie nie jest otoczone ruchliwymi ulicami.

Gabryś: Park jest rewelacyjny, za górką znajduje się w pełni nowoczesny plac zabaw – kilkusetmetrowa przestrzeń wyłożona miękkimi piankami. Jest staw, a w nim kaczki. Tu się fajnie mieszka także dzięki temu.

Fajne jest też to, że Bródno młodnieje. Wprowadzając się tutaj trzy miesiące przed zajściem w ciążę, już wtedy rozglądaliśmy się bezskutecznie za rodzinami z dziećmi – to nie tak, że dopiero teraz zaczęliśmy je zauważać. Dzięki temu, że powstaje mnóstwo nowych bloków, pojawia się coraz więcej młodych ludzi.


Ładne wnętrze

Ania: Oprócz tego tuż obok mamy małą galerię handlową, choć na tyle dużą, że kupimy w niej absolutnie wszystko. Jest i optyk, i sklep zoologiczny, i duży sklep spożywczy, księgarnia, sklep z elektroniką – cały asortyment, który jednocześnie nie jest kuszący na tyle, by ściągać ludzi z okolicznych dzielnic. To doprowadziłoby pewnie do tego, że byłby tu większy ruch, większe kolejki, mniej miejsc postojowych. Fajne jest też to, że Bródno młodnieje. Wprowadzając się tutaj trzy miesiące przed zajściem w ciążę, już wtedy rozglądaliśmy się bezskutecznie za rodzinami z dziećmi – to nie tak, że dopiero teraz zaczęliśmy je zauważać. Dzięki temu, że powstaje mnóstwo nowych bloków, pojawia się coraz więcej młodych ludzi. Także sąsiedzi nad nami, właśnie zostali rodzicami, ale jeszcze pół roku temu, zanim pojawiła się Tosia, Marianka była jedynym dzieckiem w tym bloku, co już daje ogląd sytuacji. W parkach również widuje się coraz więcej dzieci, a za tym idą inicjatywy dla nich – co można zaobserwować po budżecie partycypacyjnym. Jeszcze w 2012 roku ankiety były skupione wokół zatoczek parkingowych i komór śmieciowych, a w tym momencie jest plac zabaw przy domu kultury, organizowane są zajęcia dla najmłodszych. Bródno ma też swoje minusy, jest punktem przelotowym dla dzielnic bardziej obrzeżnych i nasza obwodnica (Trasa Toruńska) jest absolutnie nieprzejezdna w godzinach szczytu, bo dojeżdżają tu Ząbki, Marki, Tarchomin, Białołęka, więc jeździmy przez środek Warszawy, mimo że mamy obwodnicę pod nosem.

Gabryś: Odczuwam brak dobrej kawiarni, infrastruktury gastronomicznej. Gdy mamy ochotę na dobrą kawę, to jedziemy do Arkadii albo odwiedzamy Centrum Handlowe Targówek. Podobnie jest z pójściem na obiad.

Ania: Wtedy idziemy do sieciówki, dlatego że nie mamy absolutnie żadnej alternatywy. Żadnego miejsca, gdzie kawa przelewowa byłaby wypalana na miejscu. Alternatywą jest już kawa z ekspresu. Na pewno są fajne restauracje, wiem, że ludzie do nich chodzą, ale my nie mamy na to zbyt dużo czasu i, faktycznie, wypicie kawy w kawiarni z (jeszcze dodam) dobrym dostępem do sieci, to problem.

Mój biały EXPEDIT to mebel, który mam od ponad 10 lat, przeżył z nami dwie przeprowadzki i wciąż jest funkcjonalny. Cały czas dźwiga nasze książki, moje komiksy i dwa i pół tysiąca figurek.


Łatwo było Wam podejmować decyzję o tym, jak urządzić wspólną przestrzeń?

#

Gabryś: To NIGDY nie jest łatwe!
Ania: Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem stroną absolutnie dominującą w tej dziedzinie, bo czasem kurtuazyjnie pytam o zdanie, ale tak naprawdę nie znoszę sprzeciwu (śmiech). To mieszkanie było wyposażone podstawowo, nigdy nie było przemyślane dla rodziny. Nikt nie przewidywał, że tak szybko będę nie tylko w stałym związku, ale i w pierwszej ciąży.

Wszystko musiało być więc kupowane modułowo. Finansowo też nie mogliśmy sobie pozwolić na to, by mieć wszystko na raz. Z czasem dowiedzieliśmy się, co jest nam naprawdę potrzebne, co się nie mieści, co trzeba dodać. Strona internetowa IKEA jest bardzo fajna, bo podaje dokładne wymiary wszystkich mebli. Mogłam po prostu podejść do szafki czy ściany, zmierzyć, co mi się zmieści, i jechać po konkretny mebel. Wybieraliśmy proste moduły, żeby zabezpieczyć się przed wycofaniem serii i móc powoli rozbudować systemy.

Gabryś: Mój biały EXPEDIT to mebel, który mam od ponad 10 lat, przeżył z nami dwie przeprowadzki i wciąż jest funkcjonalny. Cały czas dźwiga nasze książki, moje komiksy i dwa i pół tysiąca figurek.

Jakie macie sprytne patenty na przechowywanie?

Gabryś: Komiksy zaczynam przechowywać w dwóch szeregach, a Ania ma absolutną obsesję na punkcie pudełek z IKEA.

Ania: Dzieci to niezliczona ilość pierdółek – małych rzeczy, absolutnie niezbędnych do życia, bo pamiątki (ten samochodzik i tamten klocek) muszą zostać. Szaliczek, czapeczka – nie da się tego wyrzucić!

Gabryś: Zdaniem Ani NIC nigdy nie zostało u nas w domu wyrzucone. Pracujemy nad tym, żeby przestać przywiązywać się do rzeczy.

Ania: Mam słabość do książek, artykułów papierniczych – wiem to! I do zegarków, i butów, i torebek. Czasem wieczorami staramy się robić czystkę. Gdy rzeczy zaczynają nas absolutnie przytłaczać, wysypujemy je z pudełek i staramy się, by potem przy sprzątaniu było ich o jedno pudło mniej. Nie lubimy wrażenia bezładu, wrzucania rzeczy na kupę, staramy się, by w mieszkaniu można było się skupić, choć otacza nas kolorowa przestrzeń. Znalazłam na przykład fajny sposób na przechowywanie ubrań dziewczynek w komodzie – zawijam je w pionowe harmonijki, więc łatwo wybrać potrzebną rzecz, a reszta się nie gniecie. Te patenty powstały, bo nie mieliśmy wyboru! Na 47 metrach kwadratowych żyją cztery osoby, dwa koty, a marzymy jeszcze o psie. Niestety, temat przechowywania jest cały czas na topie! Raz na pół roku mam zryw, kiedy naprawdę nie okazuję litości, i jeśli czegoś nie używałam od roku, ląduje to w koszu. Inaczej jest z ubraniami, bo (zwłaszcza wychowując dzieci) jeśli od miesięcy nie miałam na sobie sukienki koktajlowej, to jeszcze nie znaczy, że do niej nie wrócę. Od wielu rzeczy się jednak uwolniłam.

Ładne wnętrze

Dzielicie Waszą ograniczoną przestrzeń między siebie i dzieci?

Gabryś: Największa kość niezgody to taka, że komiksy są piątym domownikiem – Ania nie ma nic przeciwko mojej pasji, ale… komiksy są wszechobecne! Zbiory rosną, bo nie jestem w stanie zrezygnować z tego hobby, szczególnie że towarzyszy mi na wielu etapach mojego życia – promowałem te gry, grałem w nie, tworzyłem wokół nich polskie społeczności. Staram się przystopować, ale ta kolekcja wciąż się powiększa.

Ania: Problemem pierwszej potrzeby nie jest dzielenie przestrzeni na przechowywanie własnych przedmiotów, gdy żyje się na niewielu metrach kwadratowych – priorytetem jest wydzielenie przestrzeni intymnej, osobistej, własnej. Myślę, że udaje nam się to, choć dzieci wchodzą na głowę, bo bardzo nas potrzebują. Maluchy cały czas są z nami, ale gdy idą spać, potrafimy też powiedzieć sobie prosto w oczy – dziś nie robimy niczego razem, dziś każdy idzie w swoją stronę, jedno coś ogląda, drugie w coś gra, tak też czasem trzeba! Ten podział przestrzeni jest ważniejszy. Upieraliśmy się przez pewien czas, by spać na kanapie w salonie, ale kiedy urodziła się Tosia i zaczęła spać z nami, Marianka zaborczo domagała się naszej obecności w jej pokoju. Dlatego kiedy i ona zaczęła przychodzić do nas (a to łóżko ma 1,4 m szerokości) wykombinowaliśmy, że wszyscy przeniesiemy się do niej. Tam, do materaca, który również ma 1,4 m szerokości, dosunęliśmy materacyk dziecięcy pod nogi i teraz wszyscy leżymy razem – śpiąc w poprzek. Może się to wydawać śmieszne, ale jest absolutnie wygodne i bardzo naturalne. Dzieci nie muszą nas wołać, śpią obok dużo spokojniej, co noc w innej konfiguracji. Daje im to poczucie bezpieczeństwa, a wierzę, że w którymś momencie same powiedzą: „Sorry, mama – to jest nasz pokój”. Nie będę im miała tego za złe.

Dziewczynki mają na komodzie naklejki, które pokazują, co jest w środku.

Ładne wnętrze

Gabryś: Często przestawiamy meble, nadając im nową rolę. W takiej przestrzeni trzeba umieć improwizować. W ten sposób stworzyliśmy właśnie biały kącik Ani przy jadalni.

Ania: Większość czasu spędzamy w salonie, ale mam tu swoje biurko. Oczywiście, marzy mi się własna pracownia (nie wiem, czy bardziej niż sypialnia!), ale mam swoje miejsce, choć autorytarnie go nie bronię.

Jak ważną częścią tego domu jest Wasza mała, ale wydzielona kuchnia?

Gabryś: Kuchnia jest przelotowa, więc to wymusza szczególne do niej podejście –wchodzi się do niej po to, żeby z niej wyjść. Nie jest to miejsce, w którym się siedzi, nie ma tu stołu, przy którym można spędzić czas, coś zjeść. Znowu – wynika to z tego, że nie jest to mieszkanie planowane na taki model rodziny.

Ania: Dla mnie kuchnia jest ważna, polubiłam gotowanie i nie jest już dla mnie przykrym obowiązkiem. Postrzegam je jednak nie w kategoriach rodzinnych, ale chwil dla siebie. Marianka, oczywiście, często chce pomagać w kuchni, ale podoba jej się to przez pierwsze 5 minut, potem nudzi się i mówi, że idzie robić swoje „ważniejsze rzeczy”. Wtedy ja mogę odpłynąć myślami, krojąc cukinię, i nikt mnie nie szarpie (śmiech).

Kuchnia jest przelotowa, więc to wymusza szczególne do niej podejście – wchodzi się do niej po to, żeby z niej wyjść. Nie jest to miejsce, w którym się siedzi, nie ma tu stołu, przy którym można spędzić czas, coś zjeść.

Ładne wnętrze

Gdybyście mieli tydzień wolnego, co zmienilibyście w domu?

#

Gabryś: Posprzątalibyśmy szuflady i wyrzucili nadmiar rzeczy.

Ania: Wywołałabym zdjęcia, powiesiłabym je w ramkach i pomalowałabym jedną ze ścian farbą tablicową, o czym już bardzo długo marzymy. Tylko że to musiałby być wolny tydzień bez dzieci w domu. Nie tylko ze względu na śmierdzącą farbę.

Jak, oprócz fotografii, personalizujecie tę przestrzeń? Dziewczynki mają na komodzie naklejki, które pokazują, co jest w środku, a lodówka ma pełno wlepek.

Ania: Godzinę dziennie spędzam na Pintereście w poszukiwaniu inspiracji pod hasłem „IKEA hacks”. Podoba mi się to, że kupując w IKEA „bazę”, możemy dostosować ją niewielkim kosztem do siebie. Z regału można zrobić półkę na buty, z półki na buty szafkę dla dziecka i to jest fajne. Lubię robić rzeczy wokół domu, dłubać, przykręcać i czuć, że wchodząc do mieszkania znajomych, nie wchodzę do swojego. Nie umiem się za to posługiwać wiertarką, a to wiele utrudnia!

Myśląc o domu, nie jako miejscu, ale o atmosferze, którą chcecie urządzić swoim córeczkom, jaki obraz staje Wam przed oczyma?

Ania: Taki, do którego zawsze będą mogły bezpiecznie wrócić. Znajdą tu spokój i swoje miejsce. Mam marzenie, żeby zawsze, w każdym wieku, wiedziały, że mogą zapukać do mamy i taty i powiedzieć: to moja walizka i mój pies, będę musiała tu trochę posiedzieć. Nie wprawi mnie to w zachwyt, bo, jak każdy, życzę swoim dzieciom, by były samodzielne, ale chcę, by wiedziały, że zawsze mogą na nas liczyć.

Gabryś: Ania jest zdecydowanie młodsza ode mnie, jest między nami 11 lat różnicy, więc stworzenie rodzinie poczucia bezpieczeństwa jest dla mnie chyba jeszcze ważniejsze. W związku z tym, zanim Marianka osiągnie pełnoletność, będę niemal starym gościem, chcę więc jeszcze nie być odcięty od jej życia, nie być dinozaurem, który nie nadąża. Chciałbym być aktywną częścią życia dziewczyn, pełnowartościowym partnerem w ich oczach. Dlatego ważne jest, by dziecko całe życie traktować z takimi samymi zainteresowaniem i szacunkiem, które potem chcemy dostać.

Ania: Mam nadzieję, że takie nasze podejście zaprocentuje na przyszłość. Że kiedy będę stara i zapomnę, gdzie schowałam odkurzać, to moje dzieci nadal będą we mnie widzieć tę samą osobę, może tylko trochę bardziej doświadczoną życiem.

Jak zaznaczacie w Waszej przestrzeni wspomnienia?

Gabryś: Mamy całą masę zdjęć, którą chcemy wydrukować i powiesić, tylko wciąż brakuje na to czasu. Choć przez pewien czas Instax był rozwiązaniem tego problemu. Aparat ten robi małe zdjęcie w formacie kart kredytowych. Karta kredytowa zresztą jest potrzebna, by w dużej ilości kupować dziś wkłady. Marianka rok temu sama bawiła się tym aparatem i to też świetne pamiątki, a takiemu maluchowi nie dasz przecież do rąk lustrzanki. Z wrodzonego skąpstwa zrezygnowaliśmy z tego rozwiązania.

Co jest najcenniejszą rzeczą w mieszkaniu pod kątem wartości sentymentalnej?

Gabryś: KOMIKSY!

Ania: Przestań! (śmiech). Myślę, że mój dysk zewnętrzny ze wszystkimi zdjęciami naszych dzieci od momentu narodzin. I moimi sprzed tego okresu. To jedyna kopia i gdyby dom się palił i walił, byłby pierwszą rzeczą, którą starałabym się wynieść, zaraz po dzieciach, kotach i mężu (śmiech).

Gabryś: Jeszcze niedawno, podczas samotnego życia, wszystko wartościowe, co posiadałem, to rower, komputer i iPhone. Ciekawie było patrzeć, jak to się zmienia wraz z zakładaniem rodziny. Gdy tylko poczułem, że mogę zapuścić korzenie, i wiedziałem, że nigdzie się stąd za miesiąc nie wyniosę, zacząłem gromadzić.

Ładne wnętrze

Czy Wasza przestrzeń zmienia się na wiosnę?

Gabryś: Ania co jakiś czas przechodzi etap zrzucania skórki i lubi coś pozmieniać, ale to raczej zmiany kosmetyczne, obicie poduszek, które sprawia, że czujemy się tak, jakbyśmy mieli nową kanapę. Ja raczej przenoszę rzeczy z miejsca na miejsce. Ania żyje tu cały czas, a mnie często nie ma. Pracuję w sklepie z figurkami, zrzeszającym polskich producentów. Ostatnio otwieramy się na Zachód, wydajemy gry karciane, planszowe itp., więc moja geekowska baza danych okazuje się bardzo przydatna. Poza tym całe dorosłe życie pracuję w knajpie, mam kontakt z ludźmi, ale przy dzieciach zaczyna mi to ciążyć, bo dopada zmęczenie.

Ania: Studiuję psychologię, choć nie wiążę z tym swojej przyszłości. Staram się za to robić coś dla siebie, w miarę możliwości. Wykonuję malutkie rzeczy, które ułatwią mi powrót na rynek pracy. Rozwijam swoją kreatywność, uczę się technik autoprezentacyjnych, wykonywać makijaż. Zajęłam się pisaniem, złapałam podstawy programowania i stawiania stron. Czas spędzony z dziećmi nie jest okresem bezproduktywnym. Owszem, nie mogę pojechać w Bieszczady z plecakiem na trzy tygodnie, ale nie znaczy to, że nie mogę zrobić nic. Wierzę, że chcieć, to móc. Może nie powalę nikogo swoim doświadczeniem zawodowym, bo od ponad czterech lat jestem w domu, a biorąc pod uwagę, że zaszłam w pierwszą ciążę w wieku 21 lat, CV nie jest zbyt imponujące. Mam więc nadzieję, że przekonam o swojej wartości innymi zaletami lub zostanę sama swoim szefem. Wiem, że umiem mądrze zainwestować swój czas.